Forum GAYLAND
GAYLAND Gejowskie Forum - Zdjęcia - Filmy - Ogłoszenia - Opowiadania
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy  GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Na łeb, na szyję (zakończone)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum GAYLAND Strona Główna -> Same przysmaki
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
rubik206
Dyskutant



Dołączył: 26 Lut 2012
Posty: 79
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Pon 22:37, 19 Lut 2018    Temat postu:

Super super super więcej więcej więcej proszę proszę proszę kocham to opowiadanie takie naturalne nie jest to jak inne denne ale realne pozdrawiam i. Zekam na więcej z życia Tim’a i Macieja

Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Pon 23:21, 19 Lut 2018    Temat postu:

Powiedziałeś mi właśnie największy komplement, jaki słyszałem – że to jest naturalne., Bo na uszach staję, by było. Problem jest to, że już nie tkwię tak bardzo w środowisku młodzieżowym i wielu rzeczy nie wiem, muszę sporo poszperać i czasem zapytać, żeby to trzymało się kupy.Polskiej rzeczywistości również nie znam i muszę się doszkalać.

Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez homowy seksualista dnia Wto 1:37, 20 Lut 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
waflobil66
Wyjadacz



Dołączył: 15 Lis 2010
Posty: 493
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 11 razy

PostWysłany: Wto 18:53, 20 Lut 2018    Temat postu:

@rubik206 ma rację, to opowiadanie [albo oby powieść Wink (1) ] jest tak fajne i tak dobrze się go czyta, bo to jest po prostu takie prawdziwe, no i tyle. ...i też napiszę: więcej więcej więcej proszę proszę proszę! Smile

Post został pochwalony 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Wto 19:52, 20 Lut 2018    Temat postu: 8.

Długo otwierałem te drzwi, klucz drżał mi w ręce, nie mogłem trafić. Znacznie łatwiej trafiałem przez całą noc w to cudowne miejsce w podbrzuszu Lilki. Byłem zmęczony, ale nie tylko, pod czaszką kłębiły mi się różne myśli. Co z chłopakami? Co się stało w nocy? Czy to już to, co myślę? W mroku pokoju oświetlonego mdłym światłem przydomowych latarni wyszukałem łóżko. Maciek spał sam. Ma plecach, z rozsuniętymi rękoma, niechlujnie przykryty kocem, którego połowa była na podłodze. Podszedłem do niego i poprawiłem nakrycie. On się uśmiechał! Dobra, a gdzie Tim? Długo nie musiałem szukać, spał skulony niemal w kłębek na moim łóżku. Na moim łóżku! Ale dlaczego? Czyżby się pożarli w nocy? Byłem święcie przekonany, że po niedawnych perypetiach z łóżkami chłopcy będą chcieli spać razem. W ewidentny sposób coś między nimi zaczynało iskrzyć, nie umieli na tyle się kamuflować, by było to niewidoczne. Ślepy by zauważył. Cholera, nawet nie dadzą mi się wyspać po ciężkiej nocy. Ile spaliśmy? Dwie godziny? Jeszcze bym się zdrzemnął kilka minut, dopiero siódma. Dobra, mam jeszcze kilka minut na sprawdzenie tego, co tu się działo. Najciszej jak mogłem zrobiłem przegląd pokoju i łazienki. Nic, czysto. Śmieci wyniesione, nowy worek w koszu. We wnęce kuchennej pomyte naczynia. Wszedłem do łazienki. Też wysprzątana. Sprawdziłem ręczniki, były jeszcze wilgotne, na wszelki wypadek przytknąłem jeden do nosa. Pachniał delikatnym, angielskim mydłem, którego używa Lila i synowie. Jeśli liczyłem, że znajdę jakiś ślad po tym, co działo się tu wieczorem, byłem srodze zawiedziony. Może rzeczywiście nadinterpretuję? Może to zwykła chłopięca przyjaźń, jakich masa w tym wieku?

Usiadłem przy stole i sięgnąłem po mojego elektronicznego papierosa. Tymczasem coś się ruszyło na łóżku Maćka, skrzypnęło i chłopiec uniósł się na łokciach.
– O, cześć, tata – powiedział spostrzegłszy mnie przy stole. – Gdzie Tim?
– Tam, gdzie nie powinien – odpowiedziałem. Całe szczęście, że nie widział mojego wzroku, bo rzuciłem w niego jednym z tych spojrzeń, które zabijają.
– Przepraszam cię, tato, było odwrotnie, ale tam jest ze złej strony ściana.
– Jak to ze złej strony – powiedziałem gniewnie. – Co jeszcze wymyślisz?
– No ze złej ze względu na moją rękę – mitygował się Maciej. – Lewa boli bardziej i wolę, żeby w nocy nie obijała się o ścianę, bo ile razy nią walnę, to budzę się z bólu.
– Usprawiedliwiony – uspokoiłem go. Słowo "przepraszam" w naszych ojcowsko-synowskich relacjach istniało tylko w jedną stronę. Że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy. O ilu takich niby drobnych a irytujących rzeczach człowiek nie wie. Zwłaszcza że do niedawna mój syn dla mnie praktycznie nie istniał. Wiedziałem, że śpi dynamicznie, bo w dzieciństwie wypadał z łóżeczka i długo trzymaliśmy go w kojcu. Ale to było wtedy, kiedy byliśmy jeszcze rodziną, kiedy myślałem, że moje szczęście będzie trwać wiecznie. Nawet mi się zrobiło głupio w stosunku do Tima, który musiał spać w mojej pościeli, niczym sobie na to nie zasłużył. Trzeba następnym razem po prostu poprosić, żeby wziął własną kołdrę.

Pół godziny później zaczął się normalny poranny kierat. Tim przeprosił mnie, pewnie Maciek szepnął mu słówko. Obserwowałem uważnie krzątających się chłopaków. Nie dostrzegałem w nich jakiejś zmiany, czy to na lepsze czy na gorsze. Nie pokłócili się i to mnie uspokoiło. W łazience jak zwykle Maciej protestował, gdy Tim usiłował mu umyć zęby. Nawet wiedziałem dlaczego, Maciej ma nadwrażliwe dziąsła. Kilka razy widziałem jego zakrwawioną szczoteczkę do zębów, matka wysłała go do dentysty, który stwierdził, że poza zmianą szczotki na łagodniejszą nic się nie da zrobić. Szczoteczki z naturalnego włosia powoli wychodziły z użycia, a plastikowe nie nadawały się do niczego, jak to mówił Maciej, papier ścierny. Ile myśmy się nabiegali, by kupić takie, jakie trzeba! Jeden z tych momentów, kiedy bycie rodzicem ciąży ci najbardziej. Szczoteczki zajęły całe moje życie. Znałem wszystkie drogerie w Poznaniu, ich sprzedawcy mnie, ale nic dobrego z tego nie wynikło. Kupiłem je wreszcie dopiero w Szczecinie, gdzie byłem na jakiejś delegacji, i od razu trzydzieści siedem sztuk, wszystkie, które były w sklepie. Może, zanim się skończą, wymyślą jakieś lepsze. Ale za nic nie pozwolę, by moje dziecko nie myło zębów i zapowiedziałem Timowi, że ma nie reagować na protesty, a jak trzeba będzie tom nawet przylać. Oczywiście do tego nigdy nie dojdzie, choć Maciek już kilka razy w skórę dostał, oczywiście ode mnie. Choć nie, nie uważam bicia za uniwersalny środek wychowawczy, jeśli o to chodzi.

Po śniadaniu pojechałem na stok z Timem. Postanowiliśmy z Lilką, że "zamienimy się" na ten dzień dzieciakami. Ona czuła, że nadchodzą jej damskie dni, poza tym dalej przejmowała się chorobą Sama i pół poranka usiłowała dodzwonić się do szpitala, mnie było wszystko jedno. Chłopcy naturalnie protestowali, nie wiedząc, że tylko utwierdzają nas w podjętej decyzji. Jak to mawiają? Jak kocha to poczeka. Co za ironia... Tim przyjął wyrok jak to Tim, niewzruszony, choć widać, że nie był mu w smak.
– Maciej, kupić ci coś na mieście? – zapytał, gdy ubrany w skafander i z nartami pod pachą szedł do drzwi.
– No te drożdżówki co wczoraj, smaczne były – odpowiedział mój syn. – Oddam ci pieniądze, jak będę w pokoju – dodał, jako że byliśmy u Lilki na górze.
– Nic mi nie będziesz oddawał – powiedział zdecydowanie Tim.

Przebijając się przez zatłoczoną Szklarską, myślałem cały czas o wczorajszej nocy. Nie wiem, czy seks kiedykolwiek w życiu sprawiał mi tyle radości co właśnie wczoraj. Z moją żoną było od stosunku do stosunku, kiedy jeszcze robiliśmy te rzeczy, w końcu nie śpimy już ze sobą od dobrych dwóch lat. Było czysto podręcznikowo – mogliby to pokazywać w charakterze wzorca najbardziej typowego seksu na kuli ziemskiej. Krótka gra wstępna, niemal mechaniczna, najczęściej rękoma, pozycja "po Bożemu", wejście, tarcie, wytrysk, orgazm, wyjście. Wszystko według tej rutyny przez trzynaście lat. A Lilka... Lilka to był wulkan. Na dole, na górze, z boku, między udami, na jeźdźca... Był moment, naprawdę, że myślałem, że zmiażdży mi fiuta, jeśli do tego nie doszło to chyba tylko dlatego, że wiedziała, że działałaby na własną niekorzyść. Ile razy doszedłem? Sześć? Siedem? Chyba po trzecim razie urwał mi się rachunek. Czy to takie ważne? Może i skończyłoby się wcześniej, ale później podniecało mnie nie to, że jestem z kobietą, a to, że jestem właśnie z nią. W tamtym momencie nie zamieniłbym ją na żadną inną. Może jestem zakochany?
– Wujku, uwaga! – głos Tima przywołał mnie do rzeczywistości. – Może jednak lepiej jechać po jezdni niż po chodniku?
Tak mocno zatopiłem się we własnych myślach, że nie zauważyłem, że auto spycha na pobocze. Zmęczenie, otępienie po wczorajszym, brak porannej kawy brały na mnie grupowy odwet.
– Wyskoczymy gdzieś na kawę? – zaproponowałem. – Coś nieszczególnie się dzisiaj czuję.
Tim nie widział przeszkód. Ciekawe, czy się domyślają, co ich rodzice wyprawiali przez cały wieczór? Maciek jest bystry, pewnie szybko na to wpadł. Wszystko jedno, tak długo jest dobrze, póki nie wygada się przed starą. Nie chciałbym wtedy być w jego skórze, o nie... Własnej również nie. W każdym razie zaparkowałem przed Biedronką i wyszliśmy na poszukiwanie życiodajnego napoju. Tim zresztą też wyglądał na takiego, który jej potrzebuje. Może rzeczywiście ta ich noc nie była tak niewinna, jak myślałem?

– Lubisz swoją mamę? – zapytałem, gdy elegancko ubrana kelnerka z niewielkimi piersiami postawiła na stoliku dwie parujące filiżanki i białe, smukłe pojemniczki ze śmietaną.
– Czemu nie? – odpowiedział Tim słodząc kawę. – Jak każda mama, trochę pokrzyczy, nieraz jest nieprzyjemna, ale tak naprawdę bardzo ją, kochamy. Sam też, choć udaje, że jest inaczej.
Z chęcią zapytałbym, czy matka ma jakiegoś faceta, ale właśnie tego nie wolno mi było zrobić, najprostsza droga do przepieprzenia tego wszystkiego, co właśnie zaczęło się między nami budować. Trochę liczyłem na Tima i tę rozmowę, ale Tim to nie Maciek, któremu wystarczy tylko nadać temat, a on potoczy się jak otoczak ze stromej górki. Tim odpowiadał na pytania, ściśle, precyzyjnie i do bólu trzymał się tematu. Jeśli chciałbym od niego cokolwiek wyciągnąć, musiałbym pytać bezpośrednio. Ciekawe, czy w rozmowie z Maciejem też jest taki przewidywalny? A może Maćkowi się właśnie to podoba? Rozmowa nam się nie kleiła, bo o co tu pytać? Przywołałem kelnerkę, zapłaciłem, nawet dałem napiwek, a co, głównie zresztą za te piersi, czego nie musiała wiedzieć, i ruszyliśmy w stronę wyjścia.
– Muszę do toalety – powiedział Tim i po jego minie poznałem, że nie ma żartów, do stoku nie wytrzyma.
– Dobrze, bo i mnie też się chce – odpowiedziałem.
Weszliśmy do wściekle oświetlonego pomieszczenia ze złoconymi klamkami i pachnącego jakimś fikuśnym detergentem, z dwoma pisuarami i jedną kabiną. Ustawiliśmy się obaj przy ceramicznych pojemnikach i zajęliśmy rozporkami. Z ciekawości zezowałem w lewą stronę. Nie, nie miałem niczego złego na myśli, chciałem tylko zobaczyć, co przypadło w udziale Maćkowi, jeśli oczywiście moje domysły są prawdziwe. Członek chłopca był w częściowym wzwodzie, co samo w sobie nie było niczym dziwnym, w jego wieku to nic nadzwyczajnego, zwłaszcza jak si≥ę długo siedzi. Pamiętam własne zmagania, bywały momenty, kiedy kilka dni chodziłem ze sztywnym i to wcale nie dlatego, że myślałem o świństwach. Myślałem oczywiście, każdy facet myśli, ale przecież nie cały czas. Był to może niekoniecznie długi, ale jednak porządny kawał mięsa o dość intensywnym zabarwieniu, jakby opalony. Już oczyma wyobraźni widziałem, jak rozsadza Maćka od tyłu. Tim wcale się nie krył, nic nie zasłaniał, narzędzie było widoczne prawie po same włoski, bo chyba już ma. Sam tytułem rewanżu nie zasłaniałem swojego zmaltretowanego wczorajszą nocą malucha. A niech patrzy, co mi szkodzi? Jeśli potwierdzą się moje przypuszczenia, kiedyś i tak zobaczy.

Tymczasem Tim niedbale, bez szacunku dla tak ważnego organu strząsnął ostatnie kropelki i jakoś tak śmiesznie, bokiem, wcisnął malucha do rozporka. Widać, że nie wychowywał go mężczyzna, ja nauczyłem Maćka jak chować siusiaka w gatki chyba w wieku pięciu lat, to znaczy Maciej miał tyle. Nie wtykać w pośpiechu, a spokojnie, wolno umieścić go tak, aby miał wygodnie, najlepiej w zwisie i zadbać o trochę luzu. Chciałem rzucić jakąś uwagę, ale nie wypadało, choć w końcu to Maciej ma z niego korzystać, prawda? Można powiedzieć, że zadziałałbym w interesie swojego syna. Może nawet i powiedziałbym Timowi, gdyby nie niebezpieczeństwo, że doniesie Lilce. To byłoby co najmniej niepożądane. Z drugiej strony, jest widoczne jak na dłoni, że chłopak nie ma ojca; kto niby miał go tego nauczyć? Nawet najbardziej wyzwolona matka nie nauczy syna chować siusiaka w majtki, to musi zrobić ktoś, kto wie, jak się tym narzędziem posługiwać i ma w tym sporo praktyki. To tak jakby facet uczył córkę, jak dbać o cycki, o innych narządach nie wspomnę. Korzystam, owszem, nawet z przyjemnością, ale szczegóły zostawiam najbardziej zainteresowanym.
– Ręce – przypomniał mi Tim, kiedy zmierzałem już do drzwi w poczuciu dobrze wykonanego sikania. Chyba każdy lubi tę ulgę, tylko nikt nie powie tego głośno.
– Racja – odpowiedziałem i posłusznie poczłapałem do zlewu z drugiej strony pomieszczenia, pod oknami. Czegoś go jednak nauczono i było to typowe macierzyńskie wychowanie. Wątpię, by każdy facet zwracał uwagę na mycie rąk po skorzystaniu z toalety. Wielu ma to głęboko w nosie, wystarczy wejść do pierwszego z brzegu publicznego ustępu. A później tę samą rękę podają na przywitanie, dłubią nią w nosie, dotykają pieniędzy... Maćkowi zdarza się nie umyć rąk, pozostaje nadzieja, że przy tym porządnym Timie nabierze nieco więcej ogłady.

Po solidnej porcji zjeżdżania wracaliśmy do domu. Jakąś część drogi mój umysł zaprzątał siusiak Tima. Złapałem się na myśleniu o tym, żeby zaciągnąć chłopaka do sauny i popatrzeć się na to i owo. Nawet nie samemu, a z Maćkiem. Tyle że sauna w gipsie to pomysł najgorszy z możliwych i grozi nieobliczalnymi konsekwencjami. Czyżbym na starość zmieniał orientację? Chyba nie, bo ostatnia noc udowodniła, że ciało kobiety jest tym, co kocham i uważam za słuszne. Ale czy jedyne? Prowadząc wóz popatrzyłem ukradkiem na siedzącego obok Tima i jego wybrzuszenie. Częściowo już wiedziałem, co się kryje za spodniami, jednak nie miałbym nic przeciw temu, by zobaczyć jeszcze więcej. Poczułem znajome piknięcie w kroku, nieomylny sygnał tego, że coś jest na rzeczy. Ciekawe, co się przy tym odczuwa? Ciekawe, co czuł Maciek? Złapałem się na tym, że mu w jakimś sensie zazdroszczę. Może dlatego, że nie mam dostępu do ich tajemnicy. Tamten wieczór, kiedy nieopatrznie zgodziłem się pomóc mu własną ręką, okazał się w pewnym stopniu przełomowy. Seksualność mojego syna przestała mi być obojętna. Ciekawe, Jak to zrobił Tim? Co zrobili? Wszedł w niego, czy tylko pobawili się wackami? Na miłość oralną oni są przecież za młodzi, takie rzeczy poznaje się dopiero później. Czy Maciejowi było fajniej niż ze mną? Bo ze mną było mu fajnie, widziałem to, rozkoszował się każdą chwilą, co teraz mnie bardziej martwiło niż cieszyło.
– Wujku, dobrze się czujesz? – zapytał Tim, a jego głos przepełniony był troską. Nie myśleć o tym, nie myśleć... Ale prościej powiedzieć niż wykonać. To wszystko drażniło mnie tak, jakbym świeżą ranę polewał osoloną wodą. Cholera, po co jechałem do tej Szklarskiej, zostałbym w Poznaniu, byłby spokój. No, po raz kolejny pożarłbym się z teściową, co już nie robiło wrażenia ani na niej ani na mnie.
– No, tak sobie – odpowiedziałem. – A jeszcze po południu jedziemy do Jeleniej Góry do Sama. Pojedziecie z nami?
– Eee – mruknął Tim. – Ja się za nim nie stęskniłem, wręcz przeciwnie, chcę od niego odpocząć. Zostanę z Maćkiem i może pojedziemy do miasta.
Pojedziemy? No jasne, przecież kupił mu sanki. Sposób, w jaki dba o mojego syna wzruszył mnie, starego gruboskórnego dziada.
– Jak chcecie – odpowiedziałem i skupiłem się na parkowaniu.
– Pamiętaj o drożdżówkach – przypomniał Tim.
Chyba ta uwaga przekonała mnie ostatecznie co tu jest naprawdę grane.

– To wszystko? – zapytałem, kiedy mieliśmy z Lilką zejść do samochodu. Popatrzyła na mnie i pomyślała chwilę.
– Tak... To znaczy nie do końca, Sam prosił, abym zabrała jego laptop.
– Po co mu laptop? – zdziwiłem się. – Przecież na tej kartce, którą dostaliśmy w recepcji, wyraźnie jest napisane, że dzieciom nie wolno zostawiać żadnego sprzętu elektronicznego i że szpital nie bierze w takich przypadkach odpowiedzialności za ewentualne straty.
– Tak, wiem – powiedziała Lila otwierając szafkę Sama – ale on mówił, że chce tylko coś sprawdzić i będziemy mogli go wziąć z powrotem.
Sądziłem, że nie powinna ulegać szczeniakowi, ale wolałem po raz kolejny dziś siedzieć cicho. Tymczasem Lila dzielnie grzebała w rzeczach syna.
– Że też on ciągle musi mieć taki bałagan – wściekała się układając rzeczy na kupkę.
– Lila, w takim tempie to my stąd w ogóle nie wyjedziemy… – popędziłem ją
– Zaraz, już chyba mam – powiedziała z satysfakcją. – Znaleźć coś w rzeczach tego dzieciaka to trzeba być chyba jasnowidzem – stwierdziła tryumfalnie dzierżąc w ręce mały laptop. – Tylko to złożę na kupę i będziemy mogli jechać.

Całą wizytę siedziałem z boku, nie angażując się za bardzo w rozmowę. O czym mielibyśmy ze sobą rozmawiać? Owszem, powygłupiałem się z nim trochę, ale przecież nie dla niego, ale by obłaskawić nieco Lilę. Lubiłem tego chłopaka i w tym samym momencie właściwie mnie nie interesował. Był żywy, wesoły i to wszystko. Dzieci w wieku dziesięciu, czy jedenastu lat często takie są. Na razie dostał po uszach od matki za skargę pielęgniarki, ale niespecjalnie zrobiła na nim wrażenie.
– A bo mi się nudzi – odpowiedział. – A tu są fajni ludzie. Wiesz mama, że tu leży chłopak, który został pobity przez groźnych bandytów a później przez policję? Bo mówi, że policjanci są w zmowie z tymi bandytami.
– Ciekawe, w jakim języku ci to powiedział...
– Po angielsku – zaperzył się Sam. – Tu wiele osób mówi po angielsku, oczywiście oprócz pielęgniarek, to znaczy jedna mówi, ale niestety ta najgorsza. Ona wygląda tak, jakby miała ręce umazana we krwi po łokcie.
No nieźle... Całkiem wesoły jest ten dzieciak i, jak na swój wiek, niesłychanie rezolutny. Jeśli on taką prawdę wyciągnął od pacjenta po zaledwie jednym dniu...
– Sam, obawiam się, że resztę opowiesz nam innym razem, bo już się robi późno – Lila wymownie popatrzyła na zegarek.
– Dobra, ale jeszcze chciałem porozmawiać z wujkiem Robertem. Bez świadków – dodał z naciskiem.
– Może następnym razem? – ucięła Lila. – My naprawdę już musimy jechać.
– Lila, daj mu z nim pogadać – przerwałem, mając w pamięci naszą wczorajszą rozmowę, kiedy opowiadał mi o swoich intymnych problemach, o których za żadne skarby nie opowiedziałby matce. Jak się okazało, wysłuchałem go jak najbardziej słusznie i bardzo to ułatwiło w podjęciu diagnozy. Może tym razem jest coś równie ważnego? Można spróbować, piętnaście minut nas nie zbawi.
– Lila, daj nam pogadać, idź do samochodu, wypij kawę w bufecie, cokolwiek. Kup mi zresztą też – dodałem. Tamta poprzednia już dawno przestała działać.
– Może masz rację – powiedziała po namyśle, chwyciła laptop i skierowała się do drzwi.
– Ale laptop będzie mi potrzebny do tej rozmowy, zostaw go – poprosił Sam.

– Tak, Tim spotyka się ze starszymi mężczyznami – powtórzył Sam widząc mój osłupiały wzrok.
– Znasz ich?
– Nie, ale mam zdjęcia. Na wszelki wypadek zrobiłem – powiedział wklepując jakieś długie i skomplikowane hasło do komputera. Po chwili zaczął myszkować w długich katalogach. Siedziałem obok niego i patrzyłem w napięciu.
– O tu, widzisz.
Popatrzyłem. Na zdjęciu widniał starszy mężczyzna i Tim, sfotografowani od tyłu, ale chłopca dało się poznać po charakterystycznej sylwetce. Była robiona w jakimś pomieszczeniu, które nie za dobrze wyszło, w tle było coś, co mogło być pustymi półkami w jakimś sklepie.
– To żaden dowód – powiedziałem, choć dusza mówiła mi co innego. – To może być wujek, nauczyciel, dosłownie każdy.
– Ale on go obejmuje, widzisz wyraźnie. Później go klepał po tyłku, tylko tego nie udało mi się już wychwycić. Zresztą to nie jedyne zdjęcie – dodał i znów zagłębił się w komputerowym katalogu i pokazał mi jeszcze kilkanaście. Na większości z nich był Tim w towarzystwie jakichś mężczyzn, w różnych sytuacjach, w parku, jakimś ogrodzie, w pomieszczeniach. Większość z tych mężczyzn to byli starsi panowie, tak od pięćdziesiątki w górę. To już było zbyt wiele, by mogło być przypadkiem. Na niektórych fotkach dało się rozpoznać twarze, inne były robione z tyłu i z ukrycia. Zebrać taki materiał to była jednak ciężka praca.
– No dobra – powiedziałem usiłując udawać obojętnego, choć zaczęły we mnie kiełkować pierwsze wątpliwości. – Ale to są tylko zdjęcia, może zmontowane, niespecjalnie się na tym znam. Masz jeszcze jakieś inne dowody?
Sam popatrzył się na mnie jakimś dziwnym wzrokiem.
– Tim jest prawdopodobnie chory na jedną z tych wstrętnych chorób, których się dostaje, wie pan po czym – powiedział i chrząknął znacząco.
Nawet nie wiem, co sobie w tym momencie pomyślałem. Zdaje się, że strach przesłonił mi zdolność myślenia. Strach o syna.
– A skąd to wiesz? – zapytałem starając by zabrzmiało to neutralnie. W rzeczywistości chciałem to wykrzyczeć potrząsając małym.
– Kiedyś jak się kąpaliśmy, widziałem na jego ciele fioletowe plamy. Wyglądało to niesamowicie groźnie. Jakieś pęcherze czy coś...
– Kiedy to było?
– Jakieś pół roku temu. Później mu to zeszło, ale po tych pęcherzach zostały mu ślady. Niech pan obejrzy go, ma w okolicy pępka. Ale na internecie czytałem, że te plamy schodzą, co nie znaczy, że jest już wyleczony. Bakterie czy inne świństwa dalej siedzą w człowieku, no nie? – zakończył.

– Mów, co ci jest – powiedziała Lila, gdy przeżuwałem resztki tej rozmowy, Jeśli to prawda to Maciek jest w niebezpieczeństwie. Popatrzyłem na drogę. Znak informował, że za dwieście metrów będzie jakaś restauracja.
– Myślę, Lila, ze będziemy musieli poważnie porozmawiać – odpowiedziałem skręcając do lokalu.


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez homowy seksualista dnia Wto 23:42, 20 Lut 2018, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Śro 21:02, 21 Lut 2018    Temat postu: 9.

– Co to są za ludzie? – nacierała matka. – Słucham?
– Jacy ludzie, mamo? Młody nagadał głupot a wyście w to uwierzyli.
– Bzdura – przerwała gniewnie. – To nie była jedna czy dwie osoby a kilkanaście. W różnych miejscach, jeśli o to chodzi. Teraz wiem, co robisz popołudniami, kiedy mnie nie ma w domu. Łazisz z jakimiś starymi dziadami – krzyczała z furią.
Choć nie lubię płakać, to łzy same cisnęły mi się do oczu. A nie lubię płakać dlatego, że płaczem niczego nie da się załatwić, to znaczy w przypadku chłopaków. Z dziewczynami jest nieco inaczej. Coś jej się nie spodoba – i już w bek i ryk, a później łazi taka pół dnia z podkrążonymi oczyma. Tak, to robi wrażenie. A płaczący mężczyzna? Wywołuje raczej uśmiech politowania niż współczucie. Dlatego nigdy nie płaczę. Teraz nie mogłem temu zapobiec i, tak, żeby matka nie widziała, ocierałem płynące łzy rękawem. O nie, nie dam jej tej satysfakcji.
– No słucham! Odezwiesz się wreszcie czy nie? W czwartek dwa tygodnie temu, kiedy wróciłeś po siódmej, nawet po mnie, co robiłeś? U kogo byłeś? Tylko broń cię Boże kłamać, ja to wszystko sprawdzę.
– W bibliotece, przecież mówiłem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Tamtego dnia po wysprzątaniu piekarni pojechałem wymienić książki, bo już przysłali upomnienie na moją apkę biblioteczną. Matka z reguły wraca po mnie, pracę kończy o piątej a pracuje w Weston-super-Mare, więc marnuje ponad pół godziny na dojazd. Wtedy po drodze z biblioteki spotkałem kumpla, Pete'a, ale nie musi o tym wiedzieć, zwłaszcza że nie jest to znajomość z tych, którymi można by się pochwalić. Pete kradnie w sklepach, pali marihuanę, pije alkohol i już dwa razy wyrzucali go ze szkoły. Matka to wie, mógłbym sobie tylko zaszkodzić.
– Bibliotekę zamykają o szóstej. Wystarczająco dużo czasu, by zrobić coś, czego nie powinieneś. Czekaj, skończy się to chodzenie. Będę cię rozliczała z każdej sekundy. Z każdej sekundy, rozumiesz? – krzyknęła niemal histerycznie. A zaraz przyniesiesz mi swój laptop i przejrzę twoją pocztę i zdjęcia.
Tego się akurat nie bałem, ale nie zamierzałem jej pokazywać dla zasady. Nie jej sprawa. Nie miałem ani pornografii, bo po co, tak naprawdę seks interesował mnie od momentu spotkania Macieja, ani żadnych innych zakazanych obrazków, na koncie fejsbuka miałem głównie kolegów i koleżanki ze szkoły, kilku znajomych z forów historycznych. Chyba zwykłe znajomości, które ma każdy.
– Ja ci w twoich rzeczach nie grzebię – powiedziałem dbając, by zabrzmiało to możliwie mściwie.
– Tylko byś spróbował. Nie masz nic do gadania.
– Nie pokażę laptopa i przestań mnie o to prosić. Moje rzeczy są moje i tobie nic to tego.
Siarczyste uderzenie w twarz, po którym policzek jeszcze długo pozostał czerwony. Co ona chciała tym osiągnąć? Przecież nawet jeśli do tego momentu jakieś szanse na zobaczenie mojego laptopa istniały, powiedzmy, dwudziestoprocentowe, w ciągu ułamka sekundy spadły do zera. Jak również szanse na to, że się do niej odezwę. O nie, w taki sposób nie będziemy ze sobą rozmawiać. Prawda, że jeszcze matki nie widziałem w takim amoku, ale przecież nic jej nie usprawiedliwia. Nawet jeśli puszczałbym się z połową miasta, można to załatwić zupełnie inaczej, prawda? Spokojnie, rozważnie. A ona po prostu histeryzuje.
– Jeszcze jedno. Co to za strupy, krosty i czerwone plamy, o których mówił Sam? Skąd to masz?
Minutę temu jeszcze bym jej powiedział, niestety, teraz nie było to możliwe. Nie tylko dlatego, że postanowiłem się do niej nie odzywać. Podejrzewam, że głos by mi się łamał i w końcu bym się rozryczał. Nie, do tego nie mogłem dopuścić. Nie będę się przed nią ośmieszał. Kim dla niej jestem, skoro bije mnie w twarz jak ostatnią szmatę? A wytłumaczenie tej rzekomej zagadki było niesamowicie proste. Jakieś pół roku temu przyniosłem sobie gorącą herbatę do pokoju i ustawiłem ją przy komputerze. Zadzwoniła komórka, odebrałem ją zapominając, że właśnie się ładuje. Kabel zahaczył o szklankę, a ta przewróciła się i gorący płyn wylał mi się na brzuch i poniżej. Matki akurat nie było w domu, poszła z Samem do jakiejś znajomej albo na zakupy, jeden pies. Nie mogąc liczyć na pomoc, ściągnąłem natychmiast ciuchy, ale było już za późno, zwłaszcza że oparzone miejsca wściekle bolały i piekły. Poparzyłem sobie okolice pępka, członek, lewe jądro i lewe udo. Przemyłem wodą, ale piekło dalej. Przerzuciłem zawartość domowej apteczki i znalazłem jakiś środek na oparzenia, wściekle fioletowy. Niewiele pomógł, na oparzeniach powstały bąble, później pękały, co też nie było przyjemne. Matce nie mówiłem, bo musiałbym jej co nieco pokazać, co nie wchodziło w grę. Jeśli ktoś może w tym miejscu mnie oglądać, to tylko Maciek, a i to nie zawsze. Ah, racja, wczoraj widział mnie wujek Robert, ale to się nie liczy. Trochę dziwnie się patrzył, czyżby też był zainteresowany? Zwłaszcza że niespecjalnie krył się ze swoim. Może to jakiś sposób podrywu? Ja patrzyłem na niego raczej jak na miejsce, z którego swój początek brał Maciek, nie podniecił mnie jakoś specjalnie. Zresztą, zapewne w przeciwieństwie do mojej matki, nie uważam, by wujek Robert był specjalnie apetyczny. Co innego Maciej...
– A może mi powiesz, dlaczego miałeś kiedyś zakrwawione majtki? Sama widziałam, tym razem nie da się zwalić na Sama.
O jakich zakrwawionych majtkach ona mówi? Nic takiego nie mogłem sobie przypomnieć. Owszem, na niektórych były plamy ze spermy, bo niestety czasem wydostawała się ze mnie bez mojego czynnego udziału. Zdaje się, że to się nazywa polucje. No i na początku była przeźroczysta, może raz z krwią, a od kilku tygodni już jest kremowobiała. Może to o tamte plamy jej chodzi? Trudno mi było dociec, bo nawet nie pamiętam, jak te gacie wyglądały, nie nabijam sobie głowy bzdurami. Bardziej pamiętam to rdzawe nasienie na moim brzuchu. Przecież nie będę sobie nabijał głowy bzdurami...
– I żadnych spotkań z Maciejem, zrozumiałeś? Nie do momentu, kiedy będą znane wyniki testów, a i później wątpliwe. Nie pozwolę, byś krzywdził niewinnego człowieka, rozumiesz? Tyle co go nakarmisz i to wszystko. To nie zajmuje więcej niż piętnaście minut, z zegarkiem w ręku piętnaście po ósmej widzę cię w pokoju. No co się tak na mnie patrzysz? Jutro zrobię ci testy na kiłę i HIV. Cholera wie, czym cię te dziady zaraziły.

Ona naprawdę myśli, że pojadę na te testy? Ciekawe, jak to będzie wyglądało. Pójdzie do lekarza i powie "mój syn gzi się z jakimiś starymi dziadami i ma syfa?" W tym stanie mogłaby to zrobić. Jedno wiem, nie będzie mnie oszczędzała, gdziekolwiek pójdzie i z kimkolwiek będzie rozmawiać. Nie, na taką podłość na pewno nie zasłużyłem. Coś mi się lęgło w głowie, ale jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. W każdym razie zobaczy te wyniki jak świnia niebo. Na razie wysłuchałem, co miała do powiedzenia i poszliśmy na kolację, gdzie pomysł, mi się krystalizował. Nasz pierwszy milczący posiłek, bom żadne z nas się nie odezwało.

– Dziś sam nakarmię syna, nie będę ci zabierał czasu – powiedział wuj Robert, kiedy poszedłem po tacę.
– Ale ja bardzo proszę... Nic mu przecież nie zrobię – powiedziałem i patrzyłem na niego błagalnie. Widziałem, jak się łamie. W przeciwieństwie do mojej matki nie był aż tak czytelny, jednak było widać, że myśli i że, w przeciwieństwie do mojej rozhisteryzowanej matki, sytuacja wcale nie jest taka jednoznaczna.
– No dobrze – powiedział po namyśle. – Nakarmić go możesz, ale wolałbym, żebyście jednak wieczór spędzili oddzielnie.
Nie zabrzmiało to przyjemnie, ale było do jakiegoś stopnia akceptowalne. Mnie ciekawiło, dlaczego oboje uwierzyli w ten stek bzdur. Możliwe, że jest jeszcze coś, o czym nie wiem i co trzymają jako przysłowiowego asa atutowego w rękawie. Nieważne. Na razie liczy się tylko Maciej i tylko o tym myślałem. Odniosłem pierwsze zwycięstwo i to mnie w jakimś sensie cieszyło. Może rzeczywiście się poukłada? Na razie czeka mnie spotkanie z Maciejem i tu jest wielka niewiadoma. Bałem się tego spotkania bardziej niż histerii matki i badań razem wziętych. Czy on uwierzył w te brednie? Bo jeśli tak to będzie koniec. Będę mógł wziąć sznur i się powiesić. Nie, wiem co zrobię. Drugiego dnia naszego pobytu, dzień przed tym, jak poznałem Maćka, wjeżdżaliśmy kolejką na Szrenicę. Ale nie narciarską, zwykłym wyciągiem dla turystów, takim z przesiadką po drodze. Jeszcze przed szczytem kolejka przejeżdża nad takimi groźnymi skałami. Po prostu pojadę tam i rzucę się z krzesełka. Takie wypadki się zdarzają, widziałem niedawno w telewizji taki film, że facet z obsługi tego geszeftu nie sprawdził, czy na wyciągu są jeszcze ludzie, zatrzymał, a oni siedzieli przez całą noc i po kolei spadali, tylko taka laska się uratowała. Nikt nie będzie myślał o samobójcy, nie będzie szumu, gazet, niczego. Najważniejsze, że nie ucierpi na tym Maciej.

Serce mi biło oszalałe, kiedy szedłem na górę z tacą. Mało się nie potknąłem na schodach, w ustach czułem ogromną suchość.
– Piętnaście minut i ani sekundy więcej – powiedziała zimno matka, gdy odwracałem się z tacą w kierunku korytarza. W ogóle cud, że nie wywaliłem się po drodze, ręce mi się trzęsły tak, że zupa z miseczki rozlała się po tacy. Z ledwością ją doniosłem.
Na mój widok Maciej drgnął lekko, powiedział "cześć" i uśmiechnął się. Zatem nie jest źle. Chciałem z nim pogadać, jednak nie chciałem, by było to przy wujku. Nie miałbym po prostu nic do powiedzenia. Spokojnie odłożyłem tacę na stół i rozpocząłem karmienie. Po jego oczach widziałem, że płakał. Mnie się udało na sucho, jemu nie. Karmiłem go w milczeniu, gdzieś w tle grał telewizor i krzątał się ojciec, jednak miał cały czas na nas oko. Przy którymś z kolei kęsie chleba z kiełbasą tak dyskretnie jak tylko się da pogłaskałem go po policzku. Nie odrzucił gestu i widziałem, że mu się podobał. Zatem nie jest tak źle, jak sobie wyobrażałem. Gdy już kończyliśmy posiłek, Maciej puścił do mnie oko. Co chciał mi przez to powiedzieć? Posiedziałbym jeszcze chwilę, ale mój czas kończył się nieubłaganie. Wstałem od stołu i w niewidoczny dla wujka Roberta sposób chwyciłem Maćka za udo.
– Mam nadzieję, że to się jakoś wyjaśni – powiedział mi przy drzwiach Robert – i nie załamuj się – powiedział poklepując mnie po ramieniu. – Na razie jednak sam rozumiesz, sytuacja wygląda mocno nieciekawie. Zwłaszcza twoja mama jest bardzo zdenerwowana. No, zmykaj – powiedział patrząc na zegarek.
Ach, żeby tak w spokoju porozmawiać z wujkiem Robertem. Wydaje się, że ten facet potrafi nosić głowę na karku. Problem moim zdaniem polegał na tym, że prawdopodobnie podkochiwał się w mojej mamie i bal się jej w jakikolwiek sposób narazić. To podpytywanie, co myślę o mojej mamie... Ot, co kobiety potrafią zrobić z człowiekiem, nawet tak rozsądnym jak wuj Robert. Chwilowo nie mogłem liczyć więc na żadną rozmowę.

– Wychodzę i nie wiem, kiedy wrócę – oznajmiła matka. Od mojego pobytu u Maćka minął może kwadrans, nie więcej. Stała przed lustrem w toalecie i pindrzyła się. Pewnie idzie na randkę. – A żeby ci głupoty nie przychodziły do głowy, będziesz zamknięty w pokoju. Przynajmniej będę pewna, że nie będziesz się włóczyć.
Zdaje się, że drgnąłem. Istotnie drzwi w naszym pokoju miały dwa zamki w tym jeden taki, który można zamknąć od zewnątrz tak, by nie można było ich otworzyć od środka. Nie widziałem takiego rozwiązania w Anglii, widocznie to typowo polski patent. Mam do pokoju klucze, ale w tym wypadku były zupełnie bezużyteczne. Niestety, nie był to jeden z tych nowoczesnych hoteli z drzwiami otwieranymi na kartę. Pies z tym, bardziej mnie zabolał ten totalny brak zaufania, to poniżenie. Jeszcze nigdy w życiu czegoś takiego nie zaznałem. Matka zdawała się czerpać z tego jakąś sadystyczną przyjemność. Jeszcze nigdy nikt mnie do tego stopnia nie zgnoił i do tego za darmo.
Gdy tylko drzwi za matką się zamknęły, rzuciłem się na łóżko i zacząłem płakać, chyba po raz pierwszy od czasu, kiedy byłem w klasie przedszkolnej. Myślałem, że coś pomoże, ale nie, tylko się coraz bardziej rozkręcałem. Zupełnie nie wiem ile to trwało, straciłem poczucie czasu. Długo musiałem się uspokajać. Włączyłem telewizor,jakiś niski starszy człowieczej mówił do zgromadzonych, że prawda jest tuż tuż i że niedługo ją odkryją. Nie wiem, kto to był, nie znam się na polskiej polityce zupełnie, ale pewnie ktoś ważny. Po twarzy widziałem, że czuje się jeszcze ważniejszy i że kłamie. Nie wiem na jaki temat, ale łgał jak najęty. Cały czas uciekał spojrzeniem od tego tłumu, jak by się bał popatrzeć im prosto w oczy. I nagle olśniło mnie. Przecież moja matka unikała mojego wzroku na tyle, na ile mogła. Dokładnie jak ten śmieszny wrzeszczący człowieczek. Czyżby czule, że coś jest nie tak? Dobra, ugryźmy sprawę z innej strony. Załóżmy, że widzę takie zdjęcia z Maciejem. Co robię? Biorę go do siebie, żeby się wytłumaczył. Pytam, co to za ludzie. A matka przecież tych zdjęć nie widziała, przynajmniej na to wygląda. Rany na ciele? Przecież ludzie się kaleczą, chorują na różne wysypki i podobne. Niekoniecznie od razu na kiłę. No dobra, ale ona przecież chce to sprawdzić... Była też choroba przenoszona drogą płciową, która objawiała się wysiękami z cewki moczowej, uczyli mnie tego w szkole. Jak się nazywała? Rzeżączka, czy jakoś podobnie. W sumie matka do pewnego stopnia miała prawo się bać. Eh, gdzie się nie obejrzysz, dupa zawsze z tyłu.

Czyżby ktoś stał przy drzwiach? Eh, wydawało mi się. Chociaż nie, po raz drugi usłyszałem chrupotanie. Wstałem najciszej jak tylko się dało, podszedłem do drzwi i przyłożyłem ucho. Coś jakby oddech. Zapukałem trzy razy. Cisza. Zapukałem jeszcze raz. Ten ktoś odwzajemnił pukanie.
– Tim? – usłyszałem z drugiej strony.
– Maciej? – zdziwiłem się. No jasne, jak mógłby mnie zostawić w takiej sytuacji? To się nazywa przyjaciel.
– Jesteś sam?
– Tak – odpowiedziałem. – Czekaj – rzuciłem się wyłączyć telewizor, który przeszkadzał w rozmowie.
– Masz jak otworzyć te drzwi? – zapytał?
– Niezbyt. Matka zamknęła na klucz.
– A klucz masz? – naciskał. Miałem, ale jak mu go podać? Drzwi szczelnie przylegały do framugi. Nie było także szczeliny na listy. Tu pocztę wręczali w recepcji i trzymali ją w przegródkach. Nikt nie bawił się w roznoszeniu jej po pokojach.
– Rzuć mi go przez okno, dobra?
Rzucić mogę, ale jak on z tymi rękoma otworzy? Był zupełnie skrępowany gipsem, opatrunek zakończony był z obu stron łukiem do wewnątrz dłoni. Istniało naprawdę niewiele czynności, które mógł wykonać, a już na pewno nie otworzyć klucz w zamku. Nawet ze zdejmowaniem majtek miał problemy, a co dopiero z tak precyzyjną czynnością. Wbrew pozorom to nie jest takie proste... Dopiero przy Maćku przekonałem się, ile skomplikowanych czynności wykonujemy, nawet przy tym nie myśląc.
– Przecież nie otworzysz.
– Spokojna głowa, nie takie rzeczy ludzie robili – zapewnił mnie.
– To ja lecę na dół.
Stałem przy oknie czekając na Maćka i patrzyłem w głąb ulicy. Dopiero teraz doceniłem położenie naszego pokoju. Będzie można filować, kiedy będą wracać. Oba nasze auta stały na parkingu, więc pewnie wypuścili się pieszo, tym lepiej, będzie błyskawiczna akcja. Tymczasem na dole pojawił się Maciej. Tylko jak mon znajdzie klucz w tej ciemnicy? Niewiele myśląc wetknąłem go w dużą pomarańczę leżącą na paterze i rzuciłem przez okno.

A jednak nie doceniłem inteligencji Maćka, choć i tak wiedziałem, że jest bystry. Wcale nie otworzył drzwi, a poprosił o to dziewczynkę, jedną z tych, które bawiły się we wnęce, którą przeznaczono na miejsce zabaw dla dzieci. Rzuciliśmy się na siebie, jakbyśmy nie widzieli się całe lata. Maciej promieniał radością, ja cieszyłem się na spokojnie, rozkoszując się każdym jego dotknięciem, muśnięciem oddechu, ciepłem jego twarzy przy mojej. Prosiaczek zareagował natychmiast.
– Zanim zaczniemy gadać, bezpieczeństwo przede wszystkim – powiedziałem. Zgasiłem światło i stanęliśmy obaj przy oknie.
– Cholera wie, o której wrócą – tłumaczyłem. – Musimy mieć rękę na pulsie.
Stanęliśmy obaj przy oknie, uważnie obserwując ulicę i zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziałem mu z detalami rozmowę z matką.
– Naprawdę sądzisz, że to wszystko pomysł twojego braciszka? – powątpiewał. – Ja go odbierałem jako wesołego, nawet inteligentnego szkraba. ale bez przesady. Ponadto...
– Błąd – przerwałem mu tę charakterystykę. Ja go przecież znałem o wiele lepiej. – Ten bydlak jest cholernie inteligentny a przy tym mściwy i pamiętliwy. Wiesz, że mi wypomina zniszczenie zabawki, którą zepsułem mu, jak miał bodaj cztery lata?
– Jak to się można naciąć… – westchnął Maciek.
Rozmawiając wsunąłem mu rękę pod sweter i głaskałem mu brzuch, posuwając się coraz niżej. Napięta tkanina spodni była oczywistym znakiem, że trzeba będzie chłopakowi pomóc uwolnić się z napięcia, nie tylko tego seksualnego. Ściągnąłem mu majtki i zabrałem się za delikatne dojenie. Ktoś obserwujący nas z zewnątrz nie widziałby nic poza dwoma ludźmi patrzącymi przez okno. To najważniejsze było niedostępne dla oczu ciekawskich. Zainteresowany może dostrzegłby, że śliną zwilżyłem dłoń, która natychmiast zniknęła z pola widzenia. Ale przecież równie dobrze mogłem podrapać się po wardze... No i na pewno nie widziałby zmian na twarzy Macieja, tego dreszczu rozkoszy. W takim momencie musiałem bronić kaloryfera, by go przypadkiem nie zachlapał.
– A ty? – zapytał, gdy już skończyliśmy.
– O mnie się nie martw. Na razie posłuchaj mojego pomysłu...

– Wiesz, że myślałem o czymś podobnym też myślałem? – zaskoczył mnie, gdy już wyłuszczyłem, co przyszło mi do głowy. Wcale się nie zdziwił, bałem się, że będzie protestował, oponował, ale nic z tych rzeczy nie nastąpiło. – Tyle że ja nie wiedziałbym co zrobić dalej. No i forsa.
– O to się nie martw, mam półtora tysiąca funtów na koncie.
– Ile to na nasze?
– Coś z siedem tysięcy złotych.
– Rany boskie… To kupa siana – powiedział z podziwem Maciek. – Ja chyba nie widziałem tyle kasy naraz...
– Kilka lat to zbierałem. Praca, trochę dołożyli dziadkowie. Składam na samochód, jak będę miał szesnaście lat. Ale w takiej sytuacji jestem gotów z niego zrezygnować...
– Tak szybko dają u was prawko? – zdziwił się Maciej.
– Później opowiem ci, jak to u nas działa – nie dałem się zbić z tropu. Zdaje się, że już niedługo będę miał bardzo wiele czasu, by mu to opowiedzieć. Na razie były do załatwienia o wiele bardziej palące rzeczy. Prosiaczek upominał się o rewanż, jednak przy tym oknie było to niemożliwe, choć bardzo chciałem, by to właśnie Maciej towarzyszył mi do końca tej rozkoszy. Na to też znajdzie się niedługo czas...
– Jesteś pewien, że to wypali? – zatroskał się.
– Pewien nie jestem, nigdy nic nie wiadomo. Możemy nawet nie wydostać się ze Szklarskiej. Ale spróbować warto. Później, jak wsiądziemy w autobus, to już będzie dziewięćdziesiąt procent sukcesu...
– Nie musimy się spakować? Mnie będzie ciężko – powiedział Maciek. – W każdym razie spróbuję.
– Weź co się da, a resztę się kupi po drodze – odpowiedziałem, patrząc na dwie sylwetki wyłaniające się ze szczytu ulicy. Na szczęście alarm okazał się fałszywy. – I zacznijmy już teraz. Naprawdę czas zaczyna działać przeciwko nam.
Uzgodniliśmy szczegóły i pożegnaliśmy się, ciągle zezując w stronę ulicy. Na szczęście nikt nie miał okazji zobaczyć się pary całujących się chłopaków.
– Ale jego też daj mi pocałować – poprosił Maciek już przy drzwiach. Nie chciałem już się z nim droczyć, ściągnąłem za jednym razem i spodnie i slipy a prosiaczek wyskoczył prawie jak nóż sprężynowy. Maciek wziął go tylko raz, tak jakby chciał go pocałować na pożegnanie, ale bardzo głęboko. Na chwilę pociemniało mi w oczach.

Jeszcze przed przyjściem matki spakowałem plecak i wykonałem masę innych rzeczy: sprawdziłem odjazdy pociągów, kupiłem dwa bilety przez komórkę, przestudiowałem plany Szklarskiej i Wrocławia. Matka przyszła jakieś dwadzieścia minut po zniknięciu Maćka, ciągle w tym paskudnym nastroju. Coś tam do mnie mówiła, ale konsekwentnie jej nie odpowiadałem. Znów o tych badaniach, że mam się rano czysto ubrać i podobne bzdety. Oczywiście ubiorę się rano czysto, bo później może być problem ze spaniem. Tyle że niech sobie wybije z głowy badania... Zasypiając żałowałem, że jednak nie pozwoliłem Maćkowi dokończyć roboty, samemu to jednak nie to. Chyba nigdy nie robiłem tego tak krótko, kilka ruchów wystarczyło bym popłynął, obficiej niż zwykle. Matka chyba nie słyszała, bo już leżała w łóżku. Dobra, śpij mamusiu i za wcześnie się nie budź...


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez homowy seksualista dnia Czw 2:12, 22 Lut 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Czw 14:40, 22 Lut 2018    Temat postu:

Coś cicho się zrobiło. Czyta to ktoś? Pisać? Nie pisać?

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rubik206
Dyskutant



Dołączył: 26 Lut 2012
Posty: 79
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Czw 16:27, 22 Lut 2018    Temat postu:

Czytamy jednym tchem lubię Twoje opowiadanie

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Czw 16:30, 22 Lut 2018    Temat postu:

Dzięki. Nowy odcinek będzie wieczorem. Coś się wyjaśni, ale nie do końca... Natomiast naprawdę ciekawie będzie w weekend.

Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rubik206
Dyskutant



Dołączył: 26 Lut 2012
Posty: 79
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Czw 18:37, 22 Lut 2018    Temat postu:

Czekamy

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Czw 19:22, 22 Lut 2018    Temat postu: 10.

Jeszcze nie otworzyłam oczu, a wydarzenia wczorajszego dnia zaatakowały mnie z siłą, jakiej się nie spodziewałam, przesuwały się przed oczyma, początkowo bezładnie, pchając się jedne przed drugie, by po dość długim momencie ułożyć się w logiczny ciąg. Rozmowa Sama z Robertem, tępa twarz Tima, jego uparte milczenie. No ale tak na zdrowy rozum, co miał powiedzieć? Opisać mi swoich kolejnych facetów? Chorobę, która go trawi? Opowiadania Sama to jedno, ale przecież widziałam jego zakrwawione majtki, i to w tym miejscu, gdzie wszyscy chłopcy mają swoje siusiaki. Przecież nie ma menstruacji, do licha... Nawet chciałam z nim wtedy pogadać, ale zabrakło mi odwagi. O co zapytać? Jak to zrobić? O takich rzeczach nigdy się u nas nie rozmawiało. Jeszcze jak żył Konrad, mój mąż, to on załatwiał z Timem wszystkie męskie sprawy, jak go zabrakło, puściłam to na żywioł. Zresztą Tim nie zadawał kłopotliwych pytań, był do bólu samodzielny, nie musiałam nic robić. Dopiero gdy wszedł w okres dojrzewania, wcale nie tak dawno temu, widziałam jego początki na bieliźnie, którą zostawiał do prania. Nie żeby tego było dużo, niemniej widoczne. Nawet trochę brzydziłam się to brać do rąk, ale później mi jakoś minęło. Dopiero wtedy... Teraz to sobie mogłam wyrzucać, to już się nie odstanie. No i te dziwne krosty, o których mówił Sam. Jak mogłam to przeoczyć? Tim nie jest jakiś specjalnie wstydliwy, potrafi przejść przez dom z odkrytym torsem, kiedy zapomnę powiesić w łazience nowych ręczników do prania, nie sprawia mu to żadnego problemu. Zauważyłabym przecież... A może nie? Musiał się jakoś z tym kryć, to oczywiste. Gdyby to się zdarzyło w jakiś naturalny sposób, przecież poinformowałby mnie, czasem tak robi mi to od dziecka. Zawsze był małą marudą jeśli chodzi o zdrowie i leciał do mnie z każdym rozwalonym palcem, nawet najdrobniejszą ranką, z każdym kaszlnięciem. Nie to, co Sam, który gra supermena. Tim zaś lubi opiekę i to w obie strony. Zatroszczy się, gdy boli mnie głowa, zapyta, czy w czymś pomóc, zrobi herbaty z własnej inicjatywy. Zawsze uważałam go za dobre i kochane dziecko, a on mi się tak odpłacił... Jak mało wiem o swoich dzieciach. Te jego późne powroty ze szkoły też mnie nie martwiły, wiadomo, jest w tym wieku, kiedy ptaki powoli wyfruwają z gniazda. Domowe życie już tak nie bawi w tym wieku, mnie też nie bawiło. Wiadomo, potrzebuje kolegów, koleżanek. Dlatego siedziałam cicho, przekonana, że wszystko się mieści w jakichś ramach, przecież zawsze był taki spokojny i ułożony. Mnie matka starała się pilnować, a i tak nie upilnowała, przecież w wieku Tima byłam już po pierwszym razie. Nawet myślałam, że zaszłam w ciążę, zatrzymał mi się okres, specjalnie wywalałam watę tak, by matka widziała i była przekonana, że wszystko jest w porządku. A ten pierwszy raz... Byłam głupia i poszłam z pierwszym chłopakiem, który się nawinął. Chciałam to już mieć za sobą i nie świecić oczyma przed koleżankami, które dzieliły się swoimi doświadczeniami, mówiąc, że to takie fajne, podniecające i w ogóle siódme niebo. Wcale nie było fajnie, on się denerwował, ja też, lada chwila miała wrócić matka, pamiętam tylko jego papierosowym oddech i ból między nogami.
Dlaczego uderzyłam Tima? Przecież miał już gorsze odzywki, to, co powiedział, było w innych sytuacjach nawet akceptowalne. Trudno mi się przyznać przed samą sobą, że po prostu zawiodły mnie nerwy. Dobrze, ale jak miały nie zawieść, skoro on wyprawia takie rzeczy? Czułam się, jakbym sama dostała w pysk, brudna, zmięta, ciśnięta o ścianę. Więc dlaczego on nie miał tego poczuć? Nie, nie biję dzieci, jeśli o to chodzi, bicie nie jest żadną cudowną receptą, załatwia sprawę tylko na chwilę i uspokaja sumienie, przekonując, że jednak coś w tej sprawie zrobiłam. Moi rodzice dla odmiany kilka razy przetrzepali my dupsko i doskonale wiedziałam, co myślałam w tamtej chwili i jak to działa u dziecka. Dlatego postanowiłam nie bić, nie licząc incydentalnego klapsa. Ile razy? Dwa? Trzy? I zawsze Samowi, Tim jakoś sobie nie zasłużył. Może trzeba było lać i patrzeć czy równo puchnie? To wtedy tym bardziej znalazłby sobie czułego i troskliwego tatusia, który zatroszczyłby się nie tylko o serce dzieciaka. Zresztą, na jedno wyszło.

Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Leżeć, wstać jak najpóźniej – mówiłam do siebie. Mimo wszystko nie chciałam spotykać się ze wzrokiem Tima. Od czasu, kiedy wymierzyłam mu ten policzek, zaciął się i nie odezwał się do mnie ani razu. Pewne jak w szwajcarskim banku, że dziś też będzie kontynuował swój strajk. W zasadzie powinnam mu zejść z drogi na cały dzień, tyle że właśnie wymagał dozoru i szczególnej opieki. O nie, nie puszczę go już więcej samopas, koniec tego dobrego. Może nawet wyjdę za mąż, byle zapewnić mu kontrolę dwadzieścia cztery na siedem. Popatrzyłam na zegarek. Piętnaście po siódmej. Za chwilę zacznie dzwonić budzik. Wyłączyłam go na pięć minut przed akcją i poszłam poszukać torebki, w której były tabletki od bólu głowy. Na łóżko Tima nawet nie spojrzałam. Po co? Będzie chciał wstać to wstanie. Zażyłam proszek, popiłam wodą z kranu i wróciłam do łóżka. Jeszcze nie rozłożyłam się wygodnie, gdy usłyszałam pukanie.
– Kto tam – zapytałam głośno.
– Lilka, otwórz – usłyszałam głos Roberta. No bez przesady, przecież zobaczymy się za pół godziny przy śniadaniu. Lubię człowieka, może nawet coś odrobinę więcej, ale to nie znaczy, że będzie mną rządził i przychodził, kiedy chce.
– Nie mogę, spotkamy się w stołówce! – odkrzyknęłam, nie troszcząc się o to, czy Tim śpi czy nie. W końcu i tak pora wstawać.
– Lila, to naprawdę ważne, otwórz.
Co może być takiego ważnego? Najpewniej coś się stało z Maćkiem, bo co może mieć do mnie Robert? znamy się niecały tydzień, przespaliśmy się zaledwie raz... Jeden cudowny raz. Zarzuciłam szlafrok, poprawiłam fryzurę, na chybcika przejechałam szminką po wargach i nie zapalając światła podeszłam do drzwi.

– Lila, jest Tim? – zapytał bez wstępów. Mógłby się przynajmniej przywitać. Popatrzyłam na jego twarz, która nie zdradzała żadnych objawów zdenerwowania. Po cholerę mu Tim? Chyba jednak coś z Maćkiem.
– Śpi – odpowiedziałam.
– Czy jesteś tego absolutnie pewna? – zapytał takim tonem, że machinalnie obejrzałam się za siebie. Tim spał chyba zwinięty w kłębek, jak lubi najbardziej. Przynajmniej tak wywnioskowałam z pościeli, którą dostrzegłam w ciemności.
– No chyba tak...
– To obudź go koniecznie, Maciej zniknął.
– Jak to zniknął? – zdziwiłam się. – Znów jakaś heca z zamianą łóżek? – zastanawiałam się głośno. – Przecież zamknęłam Tima na cały wieczór, a jak wróciłam, był sam.
– Nie gadaj, tylko natychmiast obudź Tima – zażądał Robert zdecydowanym tonem, którego u niego jeszcze nie słyszałam. Podeszłam do łóżka.
– Tim!
Żadnej reakcji. Dotknęłam koca na wysokości ramienia. Ręka, zamiast zatrzymać się na ciele, zanurzyła się w pościeli. Zdenerwowana rzuciłam się do drzwi zapalić światło. Łóżko chłopca było puste, a "ciało" wypełnione moimi kurtkami.

– Pewnie są gdzieś w Szklarskiej Porębie – powiedział Robert, kiedy już ochłonęliśmy po pierwszym szoku i przy śniadaniu zastanawialiśmy się, co robić dalej. – Jak zjemy, wezmę auto i pojeżdżę. Przecież nie mogli opuścić miasta, nie mieli żadnych pieniędzy.
– Tim ma ponad tysiąc funtów na swoim koncie i kartę debitową – wyprowadziłam go z błędu. – Z taką forsą można naprawdę sporo zrobić. Co prawda on jest straszna kutwa, oszczędza na samochód i nie wyda nic na żadną przyjemność, tego jestem raczej pewna. Nie ma szans, by ufundował Maćkowi wycieczkę.
– A ja sądzę nieco inaczej – zaoponował Robert. – Wiesz Lila, ja ich trochę obserwuję, bo przecież siedzą non stop w naszym pokoju. Tim może i jest samodzielny i niegłupi, ale Maciej nieźle zawrócił mu w głowie. Wczoraj obserwowałem ich przy kolacji, po tej awanturze u ciebie na górze. Oni nie zamienili ani słowa a rozumieli się idealnie. I sądzę, że Tim mógłby wydać na Macieja nie tysiąc a dziesięć tysięcy funtów.
Chyba miał rację.
– Ruszmy się, zróbmy coś – zdenerwowałam się. – Zawiadommy policję, jedźmy do miasta, może rzeczywiście gdzieś tam są, na jakimś śniadaniu, czy w jakimś lokalu.
Twarz Roberta była nieodgadniona.
– Na policję pojedziemy dopiero, jak przeczeszemy całe miasto. Zresztą sądzę, że to będzie niepotrzebne i się znajdą bez policji.
Zauważyłam cień, który przemknął przez twarz Roberta, kiedy padło słowo policja. Czyżby miał coś na sumieniu? Może jest poszukiwany? Nie wyglądał na takiego, przecież zachowywał się zupełnie normalnie. Popatrzyłam na niego i pierwsze, co przy tym spojrzeniu zwróciło moją uwagę, to obrączka. Wielka, złota obrączka małżeńska na serdecznym palcu. No jasne, przecież to groziło niebezpieczeństwem w domu. Policja zacznie pewnie od szukania ich w domu w Poznaniu. Wtedy dowie się jego żona, i to o wszystkim, o wypadku, o którym na razie nie wie, o zniknięciu syna, wreszcie, co dla mnie było szczególnie istotne, o naszym romansie. Dla niego zapewne też i postanowił ratować, co jeszcze się da. Nie zazdrościłam mu tej sytuacji. Ponadto do końca nie dochodziło do mnie, że chłopcy zniknęli, byłam skłonna przypuszczać, że po prostu się gdzieś zawieruszyli, wyszli na colę czy po drożdżówki.
– Dobra, to zbierajmy się – powiedział zrezygnowany i popatrzył na mnie jakoś dziwnie.

Zanim wyjechaliśmy pytaliśmy tych, którzy zamarudzili na narty lub z innych powodów nie opuścili pensjonatu, jakieś siedem, osiem osób, czy nie widzieli przypadkiem naszych synów. Personelu w nocy nie ma, mogliśmy liczyć tylko na wczasowiczów, jednak nikt nie potrafił sobie niczego konkretnego przypomnieć. Tylko jeden mężczyzna w starszym wieku, na pewno po pięćdziesiątce, w eleganckim dresie powiedział, że wydawało mu się, że widział jakieś cienie na korytarzu, nad ranem.
– O której to mogło być? – zapytałam, choć nie wiem, czy chciałam usłyszeć odpowiedź. Im później tym lepiej...
– Jakieś dwadzieścia po czwartej – odpowiedział mężczyzna po zastanowieniu. – Ale niech państwo nie biorę tego za pewnik, może mi się tylko wydawało.
Z jego twarzy wywnioskowałam, że bardzo niewygodnie mu się, było przyznać, że tak późno wracał z miasta, jakby wcześniej był u kochanki. A może istotnie był? Tu w każdym razie przyjechał z żoną, chyba żoną, sporo młodszą od siebie, której twarz kojarzyłam sobie z jakimś serialem. A może po prostu ona był żoną a on mężem w innej konfiguracji? Zresztą, co to mnie obchodzi? Zdaje się, że mam inny problem...

Z początku Robert krążył po głównej ulicy Szklarskiej, co oczywiście nic nie dało, chyba żadne z nas nie spodziewało się ich tu znaleźć, tyle że nikt nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. Nie było ich ani w Biedronce, ani w tanim barze dla turystów.
– To miasto ma tylko jedną ulicę? – zapytałam, widząc, że Robert zawrócił, zresztą wbrew przepisom. Szklarskiej nie znałam i poza drogą na stok narciarski nie znałam niczego innego.
– Są, ale na nich nic nie ma, domy prywatne i pensjonaty. Może podskoczymy na oba wodospady?
No był to jakiś pomysł, choć wątpię, by zabrali się za wycieczki krajoznawcze. Tim jest raczej typem domatora, nie wychodzi bez potrzeby, choć teraz już niczego nie byłam pewna. Zresztą wspominał, że byli obejrzeć jakiś wodospad a Sam mu zazdrościł i jęczał o nim do samego wieczora, stąd to pamiętam. W pół godziny zaliczyliśmy oba, oczywiście bezskutecznie. Bufetowy co prawda mówił, że widział dwóch chłopców o podobnym wyglądzie, jednak trzy dni temu.
– A dziś rano, jak pan jechał do pracy, nie? – mój ton stawał się coraz bardziej agresywny, tak jakbym obwiniała go za to, że widział moje dziecko.
– Niestety nie – pokiwał smutno głową. – Oni są tak charakterystyczni, że poznałbym ich od razu. Tu ich nie było – powtórzył na zakończenie.
Krążyliśmy jeszcze jakiś czas po mieście, Robert zwalniał na widok każdego chłopca wieku od dwunastu dom szesnastu lat i to tak, że gdyby nie kobieta na miejscu pasażera, można by spokojnie powiedzieć, że to pedofil. Dziewczynek też nie oszczędzał.
– A może stację kolejową sprawdzimy? – zaproponowałam, a Robert zerknął na mapę.
– Są trzy, ale chyba Dolnej i Średniej nie ma sensu – powiedział z powątpiewaniem i ruszył z miejsca z potężną szprycą śniegu spod kół. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Stacja w Szklarskiej Porębie mieści się w starym, stylowym budynku, który jednak dramatycznie wołał o porządnego gospodarza. Gdyby nie nastrój, mogłabym nawet powiedzieć, że jak na stację kolejową było to miejsce urokliwe, z drugiej strony torów stację kończyła prawie pionowa, urwista skalna ściana. Nie byłam w nastroju do kontemplacji architektury, więc z miejsca udałam się do kasy biletowej.
– Jakiś chłopiec kupował dwa bilety do Wrocławia, ale nic więcej pani nie powiem – powiedziała kasjerka z wahaniem w głosie. Jaka szkoda, że nie miałam zdjęcia Tima przy sobie.... Postarałam się opisać go najdokładniej jak potrafiłam i błagalnie patrzyłam na starszą kobietę w eleganckim niebieskim fartuchu.
– Wygląda, że ten – odpowiedziała.
– Sam był? – zapytał Robert, pochylony obok mnie nad okienkiem kasowym.
– Tu był sam – odpowiedziała kasjerka. – Ale to nic nie znaczy, przecież na peron można wejść z pominięciem budynku dworca. Ci, którzy mają miesięczne czy powrotne, tak robią. No i dobrze, bo otwierają drzwi jakby wchodzili do obory i zimno się robi – kasjerka uznała rozmowę za skończoną, zwłaszcza że za nami zaczynał się robić wcale pokaźny ogonek. Chciałam jeszcze pytać pracowników stacji, ale Robert zdecydowanie odmówił.
– Lilka, od tego jest policja, chyba nam nic nie zostało innego.
– W ogóle od tego powinniśmy zacząć – wpadłam mu w słowo, rozwścieczona, nawet nie wiem, z jakiego powodu. – To przez ciebie marnujemy nasz czas. Oni już są we Wrocławiu...
– Przede wszystkim nie wiadomo, czy to oni. Są ferie, to po pierwsze. Rodzic dał dzieciakowi pieniądze, by kupił bilety w kasie a sam poszedł na peron, bierzesz pod uwagę taką sytuację?

Jeszcze pokręciliśmy się po mieście dobrą godzinę, kiedy Robert odmówił dalszej pracy.
– To jest bez sensu – mruknął parkując przed Biedronką. – Chyba jednak będziemy w końcu uderzyć na ten komisariat, nie ma innego wyjścia. – Wypijmy jakąś kawę i jedziemy.
– W takim momencie chcesz pić kawę? – rzuciłam się na niego, prawie z pazurami. Teraz Robert zaczął być problemem. Faceci zresztą stanowią problem niezależnie od wieku, co właśnie się sprawdzało.
– Wyglądasz tak, że ciężko cię pokazać światu, prawie jak topielica – spokojnie odparł Robert. – Wypijesz kawę, poprawisz makijaż, będziesz przynajmniej wyglądać wiarygodnie. I nie urządzaj tam histerii, proszę cię.
– Bo to twoja wina! – krzyknęłam i wygramoliłam się z seata Roberta. – Gdyby nie ten cholerny Maciej, nic by się nie stało! – już prawie wrzasnęłam, po czym położyłam rękę na dachu auta i zaniosłam się płaczem. Zdaje się, że zrobiliśmy niezłe widowisko, bo przecież do Biedronki waliły tłumy.
– I gdyby nie ja to Maciej nie miałby tej wysypki na całym ciele? – ironizował Robert. Co za bydlę, w takim momencie wypominać mi, że nie zajmuję się synem... Chyba jednak przerwę ten romans, przecież nie będę zadawać się z cynikiem. A sprawę wysypki będę roztrząsała sama, nie chcę żadnej pomocy, obejdzie się.
– Lila, opamiętaj się – powiedział Robert, kładąc mi rękę na ramieniu. – Teraz chyba nie będziemy się kłócić?
Jego dotyk zadziałał na mnie magicznie i po chwili, uspokojona, piłam kawę. Chyba jednak nie przerwę tego romansu...

– Czy chłopcy uciekli po jakiejś awanturze w domu? – zapytał starszy, wąsaty policjant. Wyglądał na takiego, który naprawdę chciał nam pomóc.
– Chyba nie... – odpowiedziałam. Przecież nie będę go wtajemniczać we wszystko, co się wydarzyło. Zwłaszcza moje podejrzenia, że ukochany synek zamienił się w męską dziwkę, nie przeszłyby mi przez gardło. Jak tu zrobić tak, by powiedzieć i nie powiedzieć jednocześnie?
– Proszę panią, nie mówiąc wszystkiego szkodzi pani nie tylko sobie, ale przede wszystkim chłopcom, prawda? A na pewno pani tego nie chce.
Popatrzyłam na Roberta, ale on siedział cicho, odzywając się tylko wtedy, kiedy to naprawdę było konieczne, przy podawaniu rysopisu, wzrostu, wagi i tym podobnych szczegółów. Może to dziwne, ale w tamtym momencie dopiero do końca zrozumiałam, że zaginął mój syn. Ale wzrost wzrostem, waga wagą, ale od naszych domowych sprzeczek niech się odczepi.
– No trochę się pokłóciliśmy jeszcze o nasze angielskie czasy, to naprawdę nie ma nic wspólnego ze sprawą. Poszło o kolegów Tima – powiedziałam, zastanawiając się, czy sześćdziesięcioletni dziad może być kolegą dla piętnastolatka. Strasznie głupio to zabrzmiało... Policjant pokiwał głową i zadawał inne pytanie. Robert solidarnie zeznawał tak jak ja.
– Szkoda, że nie mają państwo żadnego zdjęcia – powiedział funkcjonariusz – i szkoda, że państwo nie mówią nam wszystkiego do końca – dorzucił. – W każdym razie bardzo prosiłbym poszukać fotografii, to bardzo ułatwia nam pracę – dodał na zakończenie.

Wracaliśmy do pensjonatu, gdy Robert nagle zahamował, z piskiem opon. Dobrze, że było to tuż przy skrzyżowaniu.
– Patrz – powiedział.
– Co, gdzie – zapytałam wyrwana z otępienia i odrywając wzrok od śnieżnych kolein, które bezwiednie śledziłam.
– No tu – pokazał na stojący niedaleko kiosk Ruchu. – To chyba oni.
– Co, gdzie jak – krzyknęłam. Wyszukiwałam znajomych sylwetek, tymczasem w pobliżu było pusto, nie licząc starszej kobiety z reklamówką wypełnioną zakupami.
– No na kiosku – zniecierpliwił się Robert. – Tam, gdzie są reklamy dzisiejszych gazet.
Istotnie, na jednej z okładek było zdjęcie jakichś dwóch chłopców, choć z tej odległości mogłyby to być równie dobrze dziewczynki z przedszkola, jak i pensjonariuszki domu spokojnej starości. Ale ten Robert ma oko!
– Poczekaj, zaparkuję i obadam sprawę – powiedział.
Po chwili przyszedł z naręczem lokalnych gazet. Pierwsza strona zapełniona była jednym zdjęciem. Maciej siedzi na zielonych, plastikowych saniach, z bardzo rzucającymi się w oczy rękami w gipsie a obok stoi Tim i karmi go drożdżówką. Wszystko to w głębokim śniegu i z ośnieżonymi sosnami w tle. Podpis literami wielkości wołu "Zima w pełni". Mimowolnie wybuchłam szlochem. Ta fotografia była kwintesencją wszystkiego, co zaszło tu, w Szklarskiej Porębie. I pokazywała dwie istoty, które są tylko dla siebie.
– Piękne zdjęcie – powiedział słabym głosem Robert. Założę się, że gdyby nie moja obecność, rozpłakałby się tak samo jak ja...
– Wracajmy z tym na policję, a później do małego do szpitala. Ty mi się dziś nie nadajesz do jeżdżenia – zarządził, kiedy doszliśmy do siebie. Aż do samego komisariatu nie patrzyłam na drogę, a na okładkę gazety.

– Weź ten laptop – poprosił mnie Robert, kiedy przejeżdżaliśmy koło pensjonatu. – Sama obejrzysz te zdjęcia, zobaczysz, ile są warte i co to za ludzie.
– A skąd mogę wiedzieć? – powiedziałam może za bardzo opryskliwie. – Bristol ma prawie pół miliona mieszkańców, z których znam maksymalnie sto osób.
– Może się coś wyjaśni, skąd wiesz.
Nie wiedziałam, w ogóle nie byłam w nastroju do męczenia chorego Sama z tego powodu. Z ociąganiem wysiadłam z samochodu i weszłam na piętro. Wpadłam do pokoju, tym razem już wiedząc, gdzie jest laptop, więc zajęło mi to niecałą minutę. Aha, jeszcze zasilacz – przypomniałam sobie zamykając drzwi.

– Sam, ale to naprawdę konieczne, żebym zobaczyła te zdjęcia – perorowałam – możliwe, że Tim znajduje się w niebezpieczeństwie. Lepiej wiedzieć niż nie.
– Ale ja je skasowałem – bronił się mały.
– Jak to mogłeś skasować, skoro całą noc laptop był w domu – zgasiłam go. Jak było do przewidzenia, Sam przyjął zniknięcie chłopców jako sensację, niespecjalnie martwiąc się ich losem. Nawet jeśli, to nie dał tego po sobie poznać. Raczej interesowała go wizyta na policji, o czym z kolei ja nie chciałam mówić, bo była to dla mnie porażka. I wychowawcza, i wizerunkowa, ogólny śmietnik i pomyje.
– No opcją "skasuj". Po co mam to trzymać?
I wtedy stało się coś, czego w ogóle nie brałam pod uwagę. Robert wstał ze swego siedzenia przy ścianie, bez słowa poszedł do łóżka chłopca i bez pytania wyszarpnął mu komputer.
– Moje, nie ruszać! – zaprotestował gorliwie, co jednak na Robercie nie zrobiło żadnego wrażenia. Wrócił na swoje miejsce z laptopem w ręce i zaczął wertować zawartość folderów.
– Patrz, to zdjęcie – powiedział, gdy w tym momencie przytrzymywałam Sama, by nie wyszedł z łóżka. Wyglądał tak, jakby miał się rzucić na Roberta. Rzuciłam okiem na fotografię i zdumiałam się.
– To? Przecież to piekarz, u którego Tim pracuje. Ma żonę i pięcioro dzieci. Widzisz, nawet w tle są półki piekarni, puste, bo on przychodzi po południu, kiedy całe pieczywo jest już sprzedane.
– A to? – pokazał mi następne. Ta fotografia była zrobiona podczas wycieczki Tima do Francji. Znałam ją, z tym że to było zdjęcie całej klasy, a Tim stał koło nauczyciela, który go obejmował. Tu było to starannie wykadrowane, tylko dwie osoby. Rzeczywiście, bez kontekstu i bez znajomości osób na zdjęciach można by mieć różne myśli.
– To też zobacz – Robert pokazał następną fotografię, tym razem, ojca Sama z Timem, kiedy pojechali na pchli targ do Cheddaru.
– Myślę, że wystarczy – powiedział Robert wysłuchawszy moich tłumaczeń. – Teraz byśmy chcieli, byś nam powiedział, dlaczego to zrobiłeś – zwrócił się do patrzącego w sufit Sama, który nagle zaczął być bardzo chory. Ponadto wcale nie wyglądał na takiego, który zrozumiał, że zrobił źle.
– Bo nie pozwolę, by Sam i Maciej byli razem – powiedział z zaciętością, której nigdy nie słyszałam u dziecka w jego wieku. – Bo normalna para to chłopak i dziewczyna, no nie? Nie chcę mieć brata pedała, tfu! – wykrzyknął i splunął na podłogę. Jakie to szczęście, że był w separatce, choć dyżurna pielęgniarka słysząc poruszenie zajrzała na chwilę do salki... – Ja to zrobiłem tylko dla ich dobra, Maćka też, bo go bardzo lubię – zakończył zaczerwieniony z emocji.


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez homowy seksualista dnia Czw 22:31, 22 Lut 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rubik206
Dyskutant



Dołączył: 26 Lut 2012
Posty: 79
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Czw 20:06, 22 Lut 2018    Temat postu:

No. A jednak uciekli😁

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
rubik206
Dyskutant



Dołączył: 26 Lut 2012
Posty: 79
Przeczytał: 12 tematów

Pomógł: 1 raz

PostWysłany: Czw 20:07, 22 Lut 2018    Temat postu:

Homowy pisz dalej proszę 😜

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Czw 20:13, 22 Lut 2018    Temat postu:

Pewnie że uciekli, sam bym uciekł, gdyby mi ktoś zrobił taki pieprznik. W weekend coś będzie, jutro mogę nie zdążyć.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
waflobil66
Wyjadacz



Dołączył: 15 Lis 2010
Posty: 493
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 11 razy

PostWysłany: Czw 21:36, 22 Lut 2018    Temat postu:

Dopiero teraz przeczytałem 2 ostatnie odcinki i powiem, że zaskoczył mnie trochę ten pierwszy, a po drugim mam nadzieję, że wszystko się jednak dobrze skończy.
Ps. Chyba już wiem czemu w którymś momencie pytałeś, która postać nam się najbardziej podoba Wink (1)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
homowy seksualista
Admin



Dołączył: 07 Lis 2010
Posty: 3005
Przeczytał: 1 temat

Pomógł: 57 razy
Skąd: daleko, stąd nie widać

PostWysłany: Czw 21:45, 22 Lut 2018    Temat postu:

Mnie dalej Sam Smile Ja przepadam za takimi smykami, miałem trochę takich rezolutnych chłopczyków w rodzinie Tylko siekiery szukać...

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum GAYLAND Strona Główna -> Same przysmaki Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5  Następny
Strona 3 z 5

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin