Autor |
Wiadomość |
homowy seksualista |
Wysłany: Pią 13:47, 29 Sie 2025 Temat postu: |
|
To już przedostatni odcinek. Jeszcze jeden i będzie koniec. Nie wiem, czy jeszcze coś napiszę, raczej nie. Ale proszęśledzić to forum, forum Beztabu i chomika Może kiedyś... |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Pią 13:29, 29 Sie 2025 Temat postu: |
|
101.
Sebastian z najwyższym trudem wysiadł z pociągu BWE na kameralnie oświetlonym krytym peronie stacji Poznań Główny. Opuchnięte kolano bolało go tak, że walczył z każdym metrem peronu, ślamazarnie posuwając się w stronę budynku dworcowego. Jak na złość nie działały ruchome schody, stan raczej normalny w tym miejscu, i zbita masa pasażerów przelewała się przez wąskie schody prowadzące do budynku głównego, zwanego w gwarze mieszkańców Poznania chlebakiem, graniczącym z galerią, zwaną jeszcze bardziej złośliwie Ave Gnida. Pierwsze kroki na polskiej ziemi były bardzo bolesne i w zasadzie należałoby za to winić byłego prezydenta Grobelnego, który doprowadził do wybudowania tej maszkary, Poznańskiego dworca szczerze nie znosił, a po wybudowaniu chlebaka znosił jeszcze mniej. Teraz, gdy lewe kolano miał praktycznie unieruchomione, niedostatki dworca zamieniły się w koszmar. Piętnaście minut zajęło mu wydostanie się z tego cholernego labiryntu, a na końcu dosłownie dwadzieścia metrów przed postojem taksówek musiał zrobić dłuższą przerwę. Popatrzył na zegarek w komórce, była już wpół do trzeciej, był spóźniony już co najmniej cztery godziny, jeśli nie więcej. Strach było nawet patrzeć na połączenia w wyciszonym telefonie, akceptował tylko te od Svenda, reszta może poczekać, zwłaszcza że nie ma dla nikogo dobrych wiadomości.
– Grunwaldzka – rzucił do kierowcy, gdy człapiąc dotarł wreszcie do postoju taksówek.
– Wszelki duch pana Boga chwali – odpowiedział kierowca. – Pan Sebastian Markowski? Kopę lat!
– W rzeczy samej, ale…
– Byłem pana sąsiadem, kiedy pan mieszkał na Świerczewie, na Jaskiniowej. Mieszkał pan u pana Henia, prawda?
– Prawda – przyznał Sebastian. Powoli zaczął kojarzyć rozmówcę. Czasem grywał w kosza z grupą chłopców z sąsiedztwa: Kubą, Dzieckiem Zwiniętym, braćmi Kornakami, Tomkiem Nowotomyskim i jego siostrą Magdą i to był właśnie jeden z nich, Jakub Szymański. – Kuba?
– No pewnie – roześmiał się kierowca i ruszył z miejsca.– Może bez tego „pan”?
– Słuchaj, Kuba, będę miał prośbę – odezwał się Sebastian – oczywiście za to zapłacę. Zawieziesz mnie na Grunwaldzką i pojedź później do jakiegoś sklepu w pobliżu, kup mi ibuprofen, cocodamol i tubkę tej maści, voltaren chyba się w Polsce nazywa, dobra? Ja i tak będę tam powiedzmy pół godziny i wracam na dworzec, weźmiesz mnie z powrotem – instruował Kubę, kiedy mozolnie przebijali się przez potężny korek na Rondzie Kaponiera.
– Nie musisz płacić, czego nie robi się dla starej gwardii – roześmiał się Kuba. – W ogóle cieszę się, że żyjesz, bo różnie się mówiło, Dziecko Zwinięte zarzekało się nawet, że był twój nekrolog w Głosie Wielkopolskim.. Widzę że kulejesz. Coś poważnego?
– Powiedzmy że mały wypadek w Berlinie – odpowiedział Sebastian walcząc ze wzmagającym się ponownie bólem. Utknęli u wjazdu na rondo Nowaka-Jeziorańskiego i wyglądało, że trochę postoją. Jego czas zaczynał się dramatycznie kurczyć. Dopiero po jakichś czterech minutach ruszyli i w ślimaczym tempie dojechali pod willę.
– Dobra, to tu mnie wyrzuć i bądź za jakieś pół godziny – poprosił Sebastian, z wydatną pomocą Kuby wytaszczył z samochodu plecak i ruszył w stronę drzwi.
Klucz do swojego poznańskiego domu miał zawsze przy sobie i tylko miał nadzieję, że Lidia z jakichś powodów nie zmieniła zamków. Na szczęście poszło bezboleśnie, lekkie zgrzytnięcie w zamku i po chwili z uczuciem ulgi stał już na korytarzu. Sporo tu się zmieniło od czasu jego ostatniej obecności, Lidia zrobiła remont, niestety pozbywając się wielu rzeczy, które traktował z sentymentem. Ustawił plecak w rogu korytarza i kuśtykając zszedł wąskimi schodami do piwnicy. Zapalił światło i dosłownie oniemiał. Pomieszczenie piwnicy, zawsze duże i przestronne, było zagracone do granic możliwości, zamiast jednego regału, gdzie trzymali niepotrzebne, przeczytane książki, które kiedyś mogły jeszcze komuś się przydać, były trzy, każdy bardziej zawalony papierzyskami niż poprzedni. Wyglądało na to, że Lidia zwiozła tu całą sejmową makulaturę, której siłą rzeczy nie mogła trzymać w sejmowym hotelu czy biurze poselskim. Przejrzenie tego wszystkiego to co najmniej dwa dni – pomyślał Sebastian z wściekłością. I to jego własna rodzona córka go tak urządziła… Skup się – przywoływał się do porządku. – Tu przede wszystkim trzeba pomyśleć, a nie szarpać się bez planu… Przyjrzał się uważnie całej piwnicy, próbując lokalizować drogę na zagraconej podłodze. Najniższy regał odrzucił po pobieżnym zlustrowaniu, były na nim wyłącznie książki, podręczniki akademickie chłopaków, partytury, kodeksy, jego stare szpargały dziennikarskie, a także masa kryminałów, pochłanianych już od wczesnej młodości przez Mietka. Na ten widok zrobiło mu się smutno, a wspomnienia zaczęły atakować jego mózg i łzy napłynęły mu do oczu. Drugi regał, ten wysoki, zawierał wyłącznie, albo prawie wyłącznie materiały parlamentarne, sądząc po charakterystycznych grzbietach sejmowych segregatorów. Wyjął na chybił trafił kilka, wszystkie zawierały jakieś druki sejmowe, które odrzucił z niesmakiem. Pozostała ta najstarsza półka, która kiedyś stała w pokoju chłopaków, a którą sam znosił do piwnicy. W miarę jak śledził jej zawartość, zorientował się, że właściwie wszystko pozostało tu po staremu. Były tu papiery różne i różniste, jakieś stare roczniki czasopism, teczki z dokumentami, zeszyty, notesy, jakieś segregatory z dokumentami urzędowymi… Niewiarygodne, że człowiek produkuje taką ilość makulatury – pomyślał ze zgrozą Sebastian. Jeśli ta teczka od Mietka mogła być właśnie tutaj, to chyba tylko na najwyższej półce. Była poza jego zasięgiem, pod samym sufitem. Jak się tam dostać? Przecież tu gdzieś była drabina – uświadomił sobie Sebastian, chwilowo bardziej przytomny, bo ból w kolanie nieco zelżał. Z trudem podszedł do przeciwległej ściany, potrącając po drodze o stary rower Mietka, chwycił ją i potykając się o porozrzucane po podłodze pędzle, miski i wiadra po ostatnim malowaniu, zaciągnął ją pod regał. Jakoś z najwyższym trudem wgramolił się na pierwszy schodek, następny… Obrzucił wzrokiem umieszczone na półce regału segregatory. Starając się nie stracić równowagi, obejrzał grzbiety kilku z nich. Ten nie, ten też pewnie nie, to dokumenty medyczne. Prokuratura Rejonowa w Wałbrzychu… Victoria! – niemal zakrzyknął. Poszukiwana przez wiele osób teczka, przedmiot marzeń wałbrzyskiej komendy i cholera wie, kogo jeszcze, była na wyciągnięcie ręki. Sięgnął po nią, niechcący przemieszczając ciężar swojego ciała na bolącą nogę. Drabina zachwiała się, po czym runęła na podłogę.
– Tu masz tę pukawkę – powiedział Pronobis, wręczając mu zapakowany w skórzane etui pistolet i pudełko z sześcioma nabojami. – Na waszego zwierza powinno wystarczyć, więcej nie mam.
Pachowski sięgnął po broń, przeliczył na wszelki wypadek naboje i schował wszystko do plecaka. Jeszcze raz omiótł wzrokiem okolicę, było pusto. Okolice dworca w Głuszycy są zazwyczaj puste, następny pociąg przyjedzie za jakieś czterdzieści minut. Bez pożegnania odszedł do zaparkowanego nieopodal auta. Na razie idzie dobrze – pomyślał – tylko co dalej? Robota była pilna, a wyśledzenie Uszatka zajmie trochę czasu. No i nie może wracać tą samą, najprostszą drogą, by nie nadziać się na ten sam patrol policji. Tego by jeszcze brakowało… W duchu modlił się, by informacja o jego mandacie na razie nie dostała się w niepowołane ręce. Czuł się w miarę bezpiecznie, jego skojarzenie z Janikiem jednak było wyłącznie kwestią czasu, zwłaszcza teraz, jak zaczną grzebać w jego życiorysie i to porządnie. A co dalej? Tego nie wiedział i starał się o tym nie myśleć. Przynajmniej na razie. Niechętnie wjechał na drogę prowadzącą do Świdnicy. Na logikę, Uszatek powinien być albo na komendzie albo w swym domu na Szczęść Boże. Zdjęcie go koło komendy to tak jak ruchanie jeża – przyjemność niewielka, a ryzyko spore, masa znajomych mord dokoła. Prościej będzie zrobić to gdzieś koło jego domu, obojętnie czy będzie wjeżdżał czy wyjeżdżał. Jest tam kilka miejsc, w których może się bezpiecznie schować i oczekiwać aż zwierz pojawi się przy sidłach. Tyle, że trzeba zostawić auto na dole. Na szczęście w stronę domu Uszatka prowadziło, oprócz standardowej drogi, kilka leśnych ścieżek, którędy może przejść zupełnie niezauważony. W Świebodzicach zrobił sobie postój, zaopatrzył się w jakieś produkty spożywcze, energetyki, bo to czekanie może się wydłużyć, a zasnąć nie mógł, i po pół godzinie odstawił auto na jednej z nieuczęszczanych uliczek Podgórza i ruszył w kierunku zbocza góry Niedźwiadki. Pogoda była wymarzona, rześko, słonecznie, po dwutygodniowych opadach prawie nie było śladu, nie licząc grząskiej ścieżki. Dom Uszatka był z kraja, przy samym lesie, który kończył się ścianą gęstych krzewów jeżyn. Wręcz idealne miejsce, by się zaszyć i czekać. Nawet znalazł jakieś stare wiadro, na którym mógł usiąść. Scyzorykiem przerzedził nieco zarośla, by mieć lepszy widok na drogę. Poharatał się nieco o kolce, ale to było wliczone w koszty operacji. Na razie może zapalić, póki okolica jest w miarę senna, później będzie jechać na snusach i gumach.
– Wujek nas zabije jak zobaczy, że zeżarliśmy mu cały placek – zauważył Kurczak.
– Wujek Remik? – roześmiał się Junior. – Skądże. Kupi następne. I on i Maciora to straszne łasuchy, w tym domu zawsze musi być coś słodkiego, a dramat zaczyna się, jak zabraknie.
– U mnie to fizycznie niemożliwe, wszystko pożrą szkodniki, nawet okruszyny nie zostawią.
– Szkodniki? – zdziwił się Junior. – Jakieś szczury? Myszy? Karaluchy? Inne robale?
– Skądże, moi bracia, siedmiolatek i dziewięciolatek. Oni są gorsi niż odkurzacz. Taka blacha starczyłaby może na pół dnia. A myślisz, że coś zostawią, jak mnie nie ma w domu? Zapomnij. A właśnie, miałeś do mnie jakąś sprawę? - zapytał, gdy Junior pojawił się z talerzem winogron.
– No właśnie. Widziałeś ten model willi na konkurs konstruktorów w moim pokoju, prawda?
– No pewnie – Kurczak natychmiast dobrał się do winogron.
– On będzie wystawiony na specjalnej wystawie, na świeżym powietrzu. Można go ustawić normalnie, na sztucznej trawie, ale będzie wyglądał mało atrakcyjnie. Ja bym raczej widział jakieś rośliny lub kwiatki wokół tego. Da się to wyhodować? Albo nawet kupić?
– A kiedy ta wystawa?
– Coś koło marca, kwietnia, miałbyś na to pół roku.
Kurczak pomyślał chwilę.
– Dać to by się dało, ale musiałbyś pomóc mi to zaprojektować,
– Zrobimy tak, ja bym ci powiedział, jak ewentualnie to widzę, a ty zdecydujesz o reszcie. Nie chodzi o jakieś bonsai, można kupić ale zapłacisz za to jak cholera. Raczej kwietny trawnik, albo coś podobnego, ty się znasz na tym.
– Pewnie że można – Kurczak zapalił się do pomysłu. – Najprostszy jest ogródek alpejski, bo z kwiatkami nigdy nie wiadomo, mogą zwiędnąć, nie wyjść, wiesz, jak to jest. Ale takie rośliny o górskim charakterze, może trochę rojnika, może nawet niewielką tuję. Te rośliny wcale nie muszą być duże. Do tego skałki, a z tym chyba nie będzie problemu?
W tym momencie za oknem rozległ się warkot silnika i po momencie do kuchni weszli objuczeni zakupami Remigiusz i Michał.
– Co chłopaki? Wszystko ok? – zapytał wuj Remigiusz rozbierając się. – Pomóżcie mi rozpakować te zakupy.
– Pewnie – poświadczyli. Michał podszedł do Kurczaka, objął go i pocałował w policzek.
– A Juniora nie pocałujesz? – zapytał Kurczak.
– Juniora? O co ci chodzi?
– Przecież z nim też się przyjaźnisz, prawda Grubciu?
Michał niepewnym krokiem podszedł do Juniora i pocałował go w policzek. O co im chodzi? Dotychczas przed Juniorem starał się ukryć, że interesuje go Kurczak i na odwrót.
– Przepraszam, co tu w ogóle się dzieje? – zapytał zdumiony, patrząc na rozłożone na stole rysunki. – To ja myślałem, że się pozabijacie, jak się was zostawi samych… Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć? – zapytał niepewnie.
– Tak, że zeżarliśmy ci cały placek ze śliwkami, ten, który ci tak smakował. I nic więcej…
Była już prawie szósta wieczorem, kiedy zmęczony Poniewierski zdecydował, że chyba trzeba zacząć mieszkać w domu, bo inaczej żona mu w końcu wystawi walizkę przed drzwi. Odkąd został pełniącym obowiązki komendanta, w domu był może kilkanaście godzin i ślubna zaczęła wydawać coraz głośniejsze pomruki niezadowolenia, nękać esemesami, a raz nawet zadzwoniła do komendy, mini zdecydowanego zakazu. Nie chodziło nawet o seks, najlepsze lata pod tym względem mieli za sobą, a o zwykłą przyzwoitość. Co ten sąd odstawia? – pomyślał. Korciło go, by zadzwonić, ale tu była oczywista procedura, dzwonią, a później prawie natychmiast przesyłają dokument faksem lub e-mailem. W momencie, kiedy niechętnym wzrokiem obrzucił stojący na biurku telefon, ten zadzwonił.
– Komenda Wojewódzka Policji w Wałbrzychu, komendant Poniewierski. Słucham?
W słuchawce zachrobotało i odezwał się damski głos.
– Podjęto decyzję w sprawie nałożenia aresztu tymczasowego na Edwarda Janika. Sąd Rejonowy w Wałbrzychu odrzucił wniosek prokuratury nakazując jednoczesne zwolnienie podejrzanego. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Czw 17:48, 28 Sie 2025 Temat postu: |
|
100.
Mężczyznę obudził dźwięk telefonu leżącego na podłodze przy łóżku. Chwilę gmerał wokół siebie, przypomniawszy sobie, że nie śpi tam, gdzie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Gdy wreszcie znalazł telefon i popatrzył na wyświetlacz, numer nie powiedział mu dosłownie nic. Już miał odrzucić połączenie, gdy zdał sobie sprawę z sytuacji, Janik będzie używał czystych numerów z obawy o identyfikację. Niechętnie nacisnął zieloną ikonkę słuchawki telefonicznej. Nieznany głos, upewniwszy się, że rozmawia z kim trzeba, przekazywał mu dyspozycje. Z każdym słowem mina mężczyzny rzedła; zadanie wydawało się niewykonalne. Przede wszystkim musi zorganizować sobie broń. W sieci powiązań Janika on był „czysty”, to znaczy miał nie dysponować bronią, żeby nie pogarszać sytuacji w razie wpadki. Później miało być jeszcze gorzej, miał wyśledzić Uszatka i w stosownym momencie dokonać egzekucji. Już sama propozycja wywołała ciarki na jego plecach. Brzydził się tak zwaną mokrą robotą i jeszcze nikt mu takowej nie proponował. Teraz będzie trzeba zdobyć broń. I w tej sprawie kiedyś dostał≤ jasne wytyczne, dostęp do nielegalnej broni ma Stanisław Pronobis, zwany tu i ówdzie Big Dickiem, komendant małego posterunku w Głuszycy. Popatrzył na zegarek, była dziesiąta, Big Dick powinien być w pracy. Wybrał numer komisariatu, po chwili usłyszał tubalny głos komendanta.
– Dzwonię z Przełęczy Spalonej – odezwał się ustalonym kiedyś hasłem.
– A to musi pan zadzwonić do komendy w Kłodzku – usłyszał oczekiwany odzew. Odetchnął z chwilowym uczuciem ulgi.
– Potrzebna mi klamka – oświadczył bez wstępów. – Szef kazał. Można to załatwić za dwie godziny? Sytuacja jest podbramkowa.
– Powinno dać się zrobić. Czekaj na mnie w Głuszycy przy stacji kolejowej, o wpół do pierwszej.
Teraz wystarczyło wziąć auto, które przezornie przeprowadził pod dom brata i pojechać do Głuszycy. Środki ostrożności niby wskazywałyby, że powinien pojechać jakoś naokoło, ale po tych dwutygodniowych opadach na drogi szutrowe nie mógł liczyć, a przez Świdnicę jechać nie będzie. Wkrótce minął Rusinową i znalazł się na krętej drodze okalającej masyw Okrągłej. Na drodze było pustawo, gdyby ktoś go śledził, z pewnością zauważyłby to. Przez głowę przebiegała mu gonitwa myśli. Przede wszystkim ten pedryl, Big Dick. Gdyby tylko mógł, omijałby wszelkie spotkania z tym knurem. Pedalstwem wszelkiego rodzaju brzydził się i najchętniej likwidowałby ich strzałem w odbyt. Wszystkich, za każdą próbę kontaktu z tą samą płcią. I te pieprzone lezby też, bo przez to nie dają facetom i on sam nie ma gdzie zaruchać. Te to by raczej wsadzał do obozów reedukacyjnych, takich jakie organizował Mao Ze Dong w latach sześćdziesiątych. Tak, to był dobry system, wszystkich za mordę. Dlatego też był gotów wykonać zlecenie na Uszatka, który przez wielu był uważany za lewaka, popierającego degenerację społeczną. Sama perspektywa spotkania z kimś, kto na dziewięćdziesiąt procent jest pedałem nakręcała go do tego stopnia, że ze złości nacisną pedał gazu. Nawet nie zauważył, jak przed nim pojawiły się pierwsza zabudowania Suliszowa, wioski zaraz przed Jedliną. Oprzytomniał dopiero, kiedy zobaczył wyciągnięty biało-czerwony lizak. Uciekać, nie uciekać? Zwolnił niechętnie i zatrzymał się.
– Dzień dobry, panie kierowco. Posterunkowy Zawada i posterunkowy Kalinowski. Jechał pan osiemdziesiąt kilometrów na godzinę w miejscu, gdzie dozwolone jest pięćdziesiąt. Prosimy o dowód i prawo jazdy.
Niechętnie wyciągnął dokumenty z portfela. Jakieś młode leszcze, zupełnie ich nie znał, nie będzie można nawet negocjować. Ale spróbować zawsze można.
– Dwieście i bez bloczka – zaproponował widzą, że ten niższy leszcz zabiera się za wypisywanie mandatu.
– Dla pana dobra nie słyszałem tego – skwitował.
– Ale ja słyszałem i zamierzam zrobić z tego użytek – powiedział ten drugi, kiedy wściekły mężczyzna trzasnął drzwiami i bez słowa pożegnania ruszył w kierunku Głuszycy.
– Tak prawdę mówiąc teraz nie mamy co robić – zauważył Uszatek dopijając już czwartą tego poranka kawę – pozostało nam tylko czekać na to, kiedy sąd wyda decyzję o aresztowaniu bądź nie Janika. Ja tu jestem potrzebny jak dziwce majtki. Pojadę do domu i to odeśpię, oczy mi się zaklejają.
– Którego domu? – spytał Poniewierski podejrzliwie.
– Jak to którego? Mam jeden, na Szczęść Boże. Żona u szwagierki w Szczawnie, syn w Zagórzu, córka w Marciszowie, będę nareszcie miał święty spokój.
– Ciebie chyba Bóg opuścił – Poniewierski popatrzył z politowaniem na Uszatka. – Rzeczywiście wyglądasz jak śmierć an urlopie, ale proszę, żebyś to przemyślał. Po pierwsze, Janik ma w terenie beztrosko hasającego agenta albo nawet kilku, choć Rymanowski ma nasz ogon. Prawie pewne, że to on doprowadził do zapłonu. Jeszcze jedna rzecz, mam informację, że z celi Janika poszedł gryps, niestety nie udało się go przechwycić, a funkcjonariusz, który miał mu dostarczyć papier i ołówek i przejąć gryps, rżnie głupa. Szkoda, bo to byłby dodatkowy powód, by podsunąć sądowi, rozważającemu nakaz aresztowania.
– To co, mam tu spać na krześle? – wściekał się Uszatek. I jak długo?
– Krócej niż myślisz – odpowiedział Poniewierski. – Przede wszystkim trzeba ustalić, kto jest jego psem łańcuchowym.
– Litości, on pracował z setkami ludzi, poza tym wcale nie musi być z policyjnych kręgów.
Wiedział, że akurat w tym drugim przypadku nie miał racji. Znał dobrze policyjne życie. Z chwilą, kiedy człowiek zostaje policjantem, najczęściej następuje weryfikacje jego znajomych. Przestaje się spoufalać z osobami, którzy mogą tworzyć jego przyszłą klientelę, wiele osób sama się odwraca, może się czegoś boją, bo cholera wie, czy bliskość policjanta dobrze wpłynie na ich machlojki czy zwykłe słabości, a może po prostu rezygnują z przyczyn politycznych, też znał takie przypadki. Wciąż miał w pamięci, jak zareagował na jego wstąpienie do policji Maciora, z niedowierzaniem i lekkim przerażeniem, że może go zabiją. Poza tym sam człowiek zmienia się podczas pracy w policji, niektórym uderza do głowy zwyczajna sodówa. Zaczynają traktować inne osoby z góry, jakby mieli na to wydany patent. A już na pewno nie będą robić przekrętów z kimś spoza środowiska, stąd Uszatek był zdania, że psy Janika to jego wierni towarzysze z pracy w komendzie, zwłaszcza ci, którzy odeszli. Podzielił się tą refleksją z Poniewierskim, który pokiwał głową.
– W praktyce to właśnie tak wygląda, choć wyjątki się zdarzają. Żadne nazwisko nie przychodzi ci do głowy?
Uszatek zawahał się. Właściwie mógł wymienić kilka ad hoc, gorzej, że komenda ciekła jak sito i zainteresowani dowiedzą się o grzebaniu w ich aktach personalnych jeszcze tego samego dnia. Raczej nie miał obaw, że oskarży kogoś bezpodstawnie, na pewno w tym przypadku nie mieli do czynienia z aniołkami.
– Tak na szybko dwa. Sylwester Balawender i Henryk Pachowski.
Poniewierski popatrzył na Uszatka uważnie.
– Nie rozgrywasz jakiejś swojej wojenki? – zapytał, bo wzajemne animozje na linii Balawender – Zając były kiedyś jednym z głównych tematów plotek i dowcipów w komendzie.
– Po tylu latach? Przypominam ci, że Balawender był podejrzewany o korupcję i nie dostał dyscyplinarki, bo poparł go jakiś ważny polityk. A z Pachowskim nigdy nie miałem nic do czynienia. Na szczęście.
Aluzja była oczywista. Policjant znany w komendzie jako Pachowski – Zapachowski znany był z nieprzyjemnego odoru ciała, po prostu capił, z tego powodu większość funkcjonariuszy się od niego odsunęła. Łatwa ofiara dla innych, Pachowski długo utrzymywał się w robocie z powodu osobistej protekcji Janika, aż kiedyś przebrała się miarka i wyleciał za nieuzasadnione stosowanie siły wobec przesłuchiwanych. Tego po prostu nie dało się zamieść pod dywan, a kilka jego interwencji było nawet opisanych w lokalnej prasie.
– Idź do konferencyjnego się prześpij się z godzinkę, ściągniemy akta.
– Uszatek, wstawaj – usłyszał nad sobą głos Poniewierskiego.
– Co się dzieje? Sąd wydał nakaz aresztowania? – zapytał, rzucając okiem na zegarek. Była prawie dwunasta.
– Nie, jeszcze nie teraz. Ożóg celowo przeciąga sprawę, ale długo tak nie pociągnie. Chodzi o zupełnie coś innego. Pachowski mieszkał w willi obok willi Janika. Co prawda urwał się albo go nie było podczas ewakuacji, ale wsypali go „wdzięczni” współmieszkańcy, którzy z różnych powodów szczerze go nienawidzili. Poza tym mieli wrażenie, że to on donosi Janikowi o wszystkim, co się działo, kto handlował dragami, kto nie wylewał za kołnierz i tym podobne.
– No dobrze, to by miało jakiś sens – zgodził się Uszatek. – Znał teren na tyle dobrze, by odpalić samozapłon zupełnie niezauważony, po czym przejść przez osiedle nie budząc niczyich podejrzeń.
– Jest jeszcze jedna sprawa. Dziś Pachowski zapłacił mandat za przekroczenie szybkości.
– Gzie?
– W okolicach Jedliny-Zdrój, wcale nie w Wałbrzychu. Rzekomo jechał do Głuszycy. Przypominam ci, że wszystkie ostatnie wydarzenia właśnie wokół Głuszycy się kręcą.
Uszatek obudził się w okamgnieniu, nawet nie czuł się za bardzo zmęczony.
– Big Dick?
Poniewierski pokiwał głową.
Pronobis rozłączył rozmowę ze wściekłością. Nie cierpiał tego śmierdziela i był szczęśliwy, że pracował z nim tylko trzy miesiące. Pachowski był najwierniejszych z wiernych żołnierzy Janika. Robił wszystko, co ten mu kazał, często balansując na granicy prawa, czasem wręcz je przekraczając. Szczęściem w końcu powinęła mu się noga i wyleciał z trzaskiem. Sam znak, że przydupas Janika potrzebuje broni był oczywisty, jest polowanie na kogoś i on, Pronobis, biorąc udział w ostatnich wydarzeniach, doskonale wiedział na kogo. W zasadzie rzecz nadawała się do poinformowania Poniewierskiego, jednak tkwił w tym gównie tak głęboko, że straty mogłyby się okazać zbyt duże. Na razie nie mają na niego zbyt wiele, owszem, pod lupą służby wewnętrznej jest sprawa jego obecności w szpitalu, jednak tu wystarczyło umiejętne granie zgwałconej dziewicy zgodnie z tak zwaną zasadą norymberską – kazali to robiłem. Tu to działało zdecydowanie lepiej niż w Norymberdze, bo ręka rękę myła, a w różne machloje i przewały było zamieszanych z pół komendy. Nie chciał jednak o tym wszystkim myśleć. Wsadził telefon do tylnej kieszeni spodni i wyszedł przed komisariat.
– Jadę na miasto – rzucił w dyżurce. – Będę za jakieś dwie godziny.
Głuszyca jest niewielkim miasteczkiem, gdzie każdy każdego zna i nie sposób zachować anonimowości. Nieliczni, znani mu nie tylko z widzenia przechodnie mogli się dziwić, dlaczego naczelny policjant w mieście jedzie w stronę ogródków działkowych, ale jego to niezbyt ruszało. Na samej działce na szczęście było pusto. Pronobis wyszedł s auta, wymacał w kieszeni klucze, po czym otworzył główną bramę i poszedł w kierunku altan. Dziwny, wręcz szaleńczy pomysł przyszedł mu do głowy, gdy przechodził przez swą zapuszczoną działkę, pełną na wpół gnijących badyli i miał już wejść do altany, gdzie pod tapczanem, w skrytce w ziemi, chował zdeponowaną przez Janika broń i amunicję. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Śro 17:37, 27 Sie 2025 Temat postu: |
|
99.
Obudziło go głośne walenie w drzwi. Sebastian otworzył oczy. Za oknem było jasno, a z pozycji łóżka widać było fikuśny szary dach peronu dworca Berlin Hauptbahnhof.
– Berlin! Da müssen się aufsteigen! – usłyszał tubalny głos konduktora.
– Wird erledigt,. Herr Schaffner! – odkrzyknął. – Danke!
Na szczęście nie rozgrzebywał za bardzo plecaka, przygotowanie do wyjęcia nie zajęło mu więcej niż trzy minuty i wkrótce stał półprzytomny na nowoczesnym peronie. Nie lubił tego dworca, jednego z najnowszych i najnowocześniejszych w Europie. Zawsze czuł się tu przytłoczony, onieśmielony i choć sam układ peronów był bardzo prosty, nienawidził systemu ruchomych schodów między peronami górnymi i dolnymi. Popatrzył na dworcowy zegar, wskazywał piętnaście po dziewiątej. Oznaczało to, że poranny BWE dojeżdża już do Słubic, a on nie będzie musiał tu tkwić do jedenastej. Był wściekle głodny, zapasy od Svenda pożarł w nocy, a niby jeden z największych dworców w Europie oferował beznadziejną gastronomię. Z MacDonalda korzystać nie zamierzał, wykrzywiało go na samą myśl o tej amerykańskiej garkuchni. Do miasta? Ze swojego bogatego doświadczenia turystycznego wiedział, że o ile knajpy miast na zachodzie wieczorami tętnią życiem, rano jest raczej tragedia. Jedynym możliwym rozwiązaniem wydawało mu się podjechanie kolejką miejską w okolice Friedrichstraße i zjedzenie czegoś w którymś ze sklepów spożywczych z funkcją baru jakiegoś eintopfu, solanki czy czegoś podobnego. Daleko to nie było, toteż dziarskim krokiem ruszył w kierunku ruchomych schodów. Na szczęście nie będzie musiał zjeżdżać mocno w dół, S-Bahn odchodziła z tego samego poziomu.
Gdy już stał na właściwym peronie i oczekiwał na żółto-czewrwony pociąg, włączył swoją komórkę i natychmiast przywitało go zatrzęsienie nieodebranych połączeń i esemesów. Jeszcze nie rozpoznał, kto tak się dobija. Svend na pewno, ale kto jeszcze? Prawie od razu jego uczy zaatakowała znajoma melodyjka. Popatrzył na wyświetlacz, Uszatek.
– Cześć – przywitał się po założeniu słuchawek.
– No, nareszcie – głos Uszatka zdradzał uczucie ogromnej ulgi. – Dzwonię do ciebie od piątej rano. Gdzie jesteś?
– W Berlinie – odpowiedział Sebastian,. Tłumiąc wzbierającą falę kaszlu. – Uciekł mi BWE i jadę na miasto na jakieś śniadanie, bo w chlewie jeść nie zamierzam. Stało się coś?
– Tak i to bardzo wiele. Potrzebujemy tej teczki od Mietka na gwałt. Dużo by opowiadać ale sąd prawdopodobnie nie zgodzi się na areszt dla naszego ptaszka i w tej chwili nie mamy więcej argumentów za tym, by go przyskrzynić. A jego wyjście może być niebezpiecznie nie tylko dla mnie, pal sześć, ale i dla Maciory…
Uszatek wiedział, że właśnie to poruszy w Sebastianie najczulszą strunę i faktycznie efekt osiągnął. Tymczasem Sebastian dostrzegł wjeżdżający na peron pociąg.
– To o której byłbyś w Marciszowie? – indagował konsekwentnie Uszatek, gdy Sebastian pośród tłumu pasażerów wsiadał do wagonu S-Bahn.
– Teraz ciężko powiedzieć. Około drugiej w Poznaniu, na Grunwaldzką wezmę taksówkę, ale tę teczkę trzeba będzie odnaleźć, nie bardzo teraz pamiętam, gdzie ją położyłem, powiedzmy, że zajmie mi to godzinę. Córki nie ma w domu, nie będzie mi mogła pomóc. Powiedzmy, że o czwartej wrócę na dworzec, wychodzi na to, że tak siódma, ósma, jak Bóg da.
– O cholera – zaklął Uszatek. – I nie da się wcześniej? Decyzja sądu może być w każdej chwili, choć realistycznie należy liczyć na wczesny wieczór. Opóźniamy, jak się da, ale nie wszystko możemy.
– Ni chu chu – odpowiedział Sebastian, stojąc niedaleko automatycznych drzwi wagonu. Z dworca na sztandarową enerdowską ulicę Unter den Linden nie było daleko, pociąg już zatrzymywał się na Freiedrichstraße, słynny dworzec przemytników sprzed kilkudziesięciu lat, a syk zwiastował otwarcie drzwi. Napierający z tyłu tłum wypchnął Sebastiana na próg, instynktownie poszukiwał nogą podłoża peronu i w tym momencie potknął się i poleciał do przodu. Poczuł przeszywający ból w kolanie, a telefon wyśliznął się z kieszeni i spadł na bruk.
– Michał, już jesteś ubrany? – zawołał ojciec pakując niezbędne rzeczy do plecaczka. Domyślał się, że chłopcy szaleli do późnych godzin wieczora, a jego syn miał przy śniadaniu kłopoty z trafieniem łyżką do otworu gębowego. Nie, żeby miał im to za złe, zawsze uważał, że młodość musi się wyszaleć, sam nie był lepszy urzędując z kuzynami do czwartej rano, ale dziś było wszystko na styk, te pilne badania na padaczkę załatwił po znajomości, gdyby miał ufać oficjalnym terminom, byłoby to możliwe za jakieś trzy miesiące, o ile nie później. Prywatnej służbie zdrowia płacić nie zamierzał, zwłaszcza że byli to ci sami lekarze, którzy niezbyt palili się, by przyłożyć się do pracy za państwowe pieniądze. O nie, taki chuj – zdecydował.
– Już możemy jechać.
– To jedziemy. A wy, chłopaki, możecie robić co chcecie, byle by chałupa stała w miejscu, jak już wrócimy. Jedzcie co chcecie, my zjemy jakiś obiad na mieście, a na kolację coś kupię.
– Dobrze wujku – odpowiedzieli obaj jak na komendę.
– To co robimy? Zapytał Junior, kiedy już samochód z Remigiuszem i Michałem opuścił podwórze.
– Przydałoby się posprzątać pokój na górze – zauważył Junior. – Wujek wcześniej czy później tam wejdzie by będzie niemiło. Le grande bordello…
– Gdybyś nie przekopywał całej szafy w poszukiwaniu jakichś gaci, byłoby mniej sprzątania – zauważył kwaśno Kurczak. Junior działał mu na nerwy swoim bałaganiarstwem i, ogólnie rzecz ujmując, dezynwolturą. No i oczywiście w tle tkwił nierozwiązany spór o Michała.
– Przecież nie będę spał z tobą nago. Dobra dobra… idziemy.
Pokój rzeczywiście przypominał średnich rozmiarów pobojowisko. Podłogę zaścielały bezładnie porozrzucane ubrania, kurze były dawno nie ścierane, łóżko było ostatnio posłane może przed dwoma tygodniami. Kurczak podszedł do okna, odsłonił zasłonę i otworzył lewy panel na oścież.
– Nareszcie jest tu czym oddychać. Ja się zajmę podłogę, ty stołem, stolikiem i parapetem, te chusteczki niekoniecznie muszą tam leżeć. Później odkurzymy i pójdziemy sobie do miasta.
– Dobra – zgodził się Junior i zabrał się do sprzątania stolika nocnego, na którym piętrzyły się lekarstwa, dozowniki insuliny i inne rzeczy, o których miał mgliste pojęcie, do czego służą.
– Co to jest? – zapytał wyciągając w kierunku Kurczaka kolorową tubkę z żelem KY.
– A to naszych zabaw z Grubciem – odparł niczym niezrażony Kurczak, układając ubrania do szafki.
– To znaczy co tym robicie?
– A to już nasza sprawa – odpowiedział chłodno Kurczak. – Sądzę, że nie powinno cię to w ogóle interesować. I w ogóle, jeśli mogę cię prosić, odpuść sobie Grubego, dobra?
– A co, to twoja własność? – zaperzył się Junior. – Masz jakieś prawo, by mówić nam, co mamy robić?
– Jakieś mam. Daj mu spokój, bo… bo…
– Bo co? – Rzucił lekceważąco Junior i w ułamku sekundy znalazł się przy Kurczaku, który natychmiast wstał i przygotował pięści, wysunąwszy je przed siebie.
– Myślisz, że się ciebie boję? No bij jak chcesz.
Junior wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu Kurczaka.
– Ale po co mamy się bić? Nie lepiej porozmawiać?
– Nie mamy o czym – odburknął Kurczak i strząsnął rękę z barku. – Wykorzystałeś moment, jego zdenerwowanie i w ogóle ciężką sytuację i tyle tego rozmawiania…
– To zupełnie nie tak – westchnął Junior, wracając do sprzątania stolika nocnego. – No ale skoro nawet nie chcesz wysłuchać, to nie mamy o czym mówić. Weź się ode mnie odczep.
– No to mów – powiedział po chwili milczenia zrezygnowany Kurczak, wycierając szmatką parapet. – Tylko nie myśl, że mnie to wzruszy…
– To wszystko zaczęło się w tę noc, kiedy mieliście ten cholerny wypadek. Ponieważ ojciec kazał nie odstępować od niego nawet na krok, spaliśmy u mnie w pokoju na jednym łóżku. I w nocy… wiesz… nadziałem się na jego sterczącego małego. Byłem w szoku, bo najpierw myślałem, że on jest chory, a później przypomniałem sobie, co chłopacy szeptali jeden do drugiego. U mnie w ogóle nic takiego się nie działo.
– Jak to? Nic a nic? – zdumiał się Kurczak.
– No nic… Robi się tylko grubszy i nic więcej. I jest mi tylko przyjemnie, jak Gruby go chwyci, pomiędli nim trochę, wtedy się coś wylewa…
– Jak to wylewa?
– No ta cała sperma czy jak wy to nazywacie, no ta galareta. A Gruby tak fajnie strzyka i ma z tego przyjemność.
– To nie walisz sobie konia? – zapytał Kurczak zdziwiony.
– A po co, skoro to nic nie daje? `
– To ty chory jesteś. Pokaż – zażądał Kurczak.
– Zwariowałeś? Taki wstyd… Tylko Gruby to ogarnia.
– Spokojnie, chcę tylko sprawdzić, czy nie kitujesz. Nikomu nie powiem, jeśli o to chodzi. To co?
– Jak już muszę… – westchnął Junior z rezygnacją. – Ale jak komuś powiesz, to zabiję. A jak będziesz się śmiał, to zabiję jeszcze bardziej.
– Ale ty masz bysiora, chciałbym mieć takiego – stwierdził głosem pełnym zazdrości Kurczak, kiedy już było po wszystkim i wrócili do sprzątania pokoju.
– Wolałbym mieć takiego jak ty i być w pełni sprawny. Ja przez to nie mogę jeść, nie mogę spać…
– Ty i nie możesz jeść – roześmiał się Kurczak – Jeszcze chwila i uwierzę. I jeszcze powiedz, że nie jadasz tych wstrętnych serników cioci Joli…
Roześmieli się, a Junior pacnął Kurczaka w ucho.
– Ale ci wierzę, to prawie tak, jakbyś był bez ręki lub nogi. Teraz rozumiem, dlaczego tak szybko spławiłeś tę Anitę, jakby do czegoś miało dojść, byłaby straszliwa wtopa. A laski są takie,m że po tygodniu wiedziałaby o tym cała szkoła. Ale przecież mamy urologa pod ręką, no nie? Mam powiedzieć wujkowi Maciejowi?
– O ile nie zrobił tego Gruby. To co, temat zamknięty.
– Zamknięty – potwierdził Kurczak.
– A ja mam do ciebie pewien interes. Dotyczy czegoś, na czym się znasz i co bardzo lubisz. Ale to przy herbacie. Zdaje się, że wuj Remik chowa jakiś placek ze śliwkami w spiżarce…
– Odezwał się ten, co nic nie je – roześmiał się Kurczak.
Areszt śledczy w Wałbrzychu, ponure szare gmaszysko pamiętające jeszcze dziewiętnasty wiek, znajduje się w samym centrum miasta, u zbiegu ulic Dmowskiego, Słowackiego i Barlickiego. Pracownik Służby Więziennej stanął przed drzwiami celi, zajrzał przez judasza. Aresztowany Edward Janik siedział na swej pryczy w cywilnym ubraniu i pewnie nad czymś myślał, o czym świadczyła jego skupiona twarz.
– Dzień dobry – powiedział strażnik – przyszedłem po pańskie naczynia ze śniadania.
Aresztant Janik był więźniem specjalnym i wymagającym szczególnego nadzoru, dlatego zajmował celę na uboczu, do której nie docierali inni funkcyjni więźniowie, kalifaktorzy, w ogóle nikt poza uprawnionymi pracownikami aresztu.
– Proszę bardzo. Ale to było średnio jadalne – odparł Janik wyjątkowo spokojny. Nie wiadomo co go tak uspokoiło, zmyślny obserwator bez trudu zauważyłby , że jeszcze pół godziny temu przed posiłkiem przyniesionym przez tego funkcjonariusza Janik był kłębkiem nerwów, niespokojnie spacerującym po celi. Funkcjonariusz zabrał plastikowe talerze i sztućce, po czym opuścił celę. Po drodze do śmietnika na pustym korytarzu wymacał niewielką karteczkę przylepioną na dno miski, w niezauważalny sposób oderwał ją i wsadził do kieszeni. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Wto 13:28, 26 Sie 2025 Temat postu: |
|
98.
– Wyprowadzić – warknął Poniewierski. Dwóch policjantów wstało z miejsca, skuło Janika, który, jak na gust Uszatka, miał podejrzanie spokojny wyraz twarzy. Po chwili zamknęły się za nim drzwi i przynajmniej jedna osoba odetchnęła z ulgą. Spodziewali się awantur, droczenia się, utarczek na paragrafy. Nic takiego nastąpiło.
– Możesz przyjść – rzucił Poniewierski do mikrofonu i po chwili Uszatek wyszedł z sąsiedniego pomieszczenia, które od pokoju przesłuchać dzieliło okno weneckie, dające możliwość obserwacji i podsłuchiwania. Dziwne, że Janik się tego nie czepiał – zauważył Uszatek, siadając do stołu.
– Macie panowie jeszcze coś do mnie? – zapytał prokurator Ożóg, z trudem hamując ziewnięcie. Pora nie nastrajała do pracy,. Zwłaszcza po ciężkim dniu. To pora laczków i telewizji, a nie pracy, pomyślał niezadowolony. Rzadko się zdarzało w jego zawodzie, by przedstawiać zarzuty o tej godzinie, z reguły delikwent spędzał noc w celi, a z prokuratorem spotykał się następnego dnia rano. Tu sytuacja była zgoła inna, a postać aresztowanego wymuszała największą ostrożność.
– Nie sądzę, panie prokuratorze – odpowiedział Poniewierski, a Ożóg wstał i zaczął nakładać płaszcz na nienagannie skrojony garnitur.
W tym momencie na biurku zadzwonił telefon. Poniewierski podniósł słuchawkę.
– Komendant Poniewierski, słucham – rzucił do słuchawki marząc, by sprawa była jak najkrótsza. Zmęczenie powoli udzielało się im wszystkim. Jednak w miarę, kiedy słuchał informacji, z każdym słowem mina mu rzedła. Do wychodzącego właśnie prokuratora wysłał powstrzymujący gest ręką.
– Jak to spaliły? – zapytał zniecierpliwiony. Rozmówca dalej przekazywał informacje, a komendant chwycił jakąś kartkę i z nerwów zaczął międlić jej rogi.
– Jak to samozapłon? W takim momencie? Tam duchy jakieś są? – wściekał się Poniewierski. Po kilku minutach dalszych wiadomości pożegnał się z rozmówcą. Na chwilę w gabinecie zapadła niezręczna cisza.
– Co, wszystko szlag trafił? – zapytał Uszatek.
– Na to by wyszło – odpowiedział komendant i pokrótce zreferował treść rozmowy. Mężczyźni patrzyli na siebie skonsternowani. Jeśli już specjalistyczne wojska nie mogą zapanować, to mają do czynienia prawie z supermenem. Albo popełniają szkolne błędy.
– Cudów nie ma – przerwał niezręczną ciszę Uszatek. – Janik ma agenta, kogoś działającego w jego imieniu i będącego z nim w ścisłym kontakcie. Facet obserwował sytuację gdzieś w krzakach i w odpowiednim momencie odpalił zapłon.
– Wyślę patrol, by przeczesał okolicę.
– Teraz? Musztarda po obiedzie, jakieś dwadzieścia minut za późno. Dlaczego nie zostawiłeś nikogo do obstawienia sąsiedniego domu? Tego ewakuowanego?
– A po co? – żachnął się Poniewierski. – Na tej zasadzie to policja powinna stać na każdym rogu.
– Cała nadzieja w Sebastianie – westchnął Uszatek.
– Kto to jest Sebastian i co ma do tej całej sprawy? – chłodno zapytał prokurator Ożóg.
Uszatek opowiedział historię depozytu Mietka Rudzkiego, ograniczając się do istotnych szczegółów i zaznaczając, że Sebastian Markowski przebywa obecnie w podróży.
– Znasz adres? – zapytał Poniewierski, a Uszatek skinął głową.
– Jakże miałbym nie znać, bywałem tam często.
– No to na co, trzeba zrobić tam przeszukanie, prokurator wyda nakaz i po sprawie. Jeśli oczywiście te ukryte akta zawierają informacje w tej sprawie. Bo jeśli to są jakieś prywatne dokumenty…
– To Rudzki nie wywoziłby ich aż do Poznania – przerwał zimno Uszatek –Poza tym to absolutnie niemożliwe, córka Markowskiego jest posłanką na Sejm, tu byś musiał nieć uchylenie immunitetu, bo ona formalnie mieszka w tym domu. Na coś takiego nie dostaniesz nawet za sto lat.
– O ja pierdzielę – westchnął Poniewierski. – Ale mówiłeś, że on właśnie wraca z zagranicy. Dowiedz się, kiedy ląduje jego samolot. Na cito proszę.
– Po pierwsze nie wraca, a przyjeżdża do Polski, Sebastian ma obywatelstwo polskie i brytyjskie i mieszka w Anglii, w Plymouth. Ciężko będzie zatrzymać go i doprowadzić, a jeśli już, to mamy na głowie prasę z całego kraju. Poza tym on programowo nie lata samolotami z powodu silnych zaburzeń błędnika i wraca pociągiem. Z północnej Norwegii…
– Gdzie się nie spojrzysz, dupa z tyłu – westchnął Poniewierski i wyrzucił pomiętą kartkę do kubła na śmieci.
– Zupa pierwszorzędna – szczerze pochwalił Remigiusz odkładając łyżkę do pustego talerze. – Nie było to trudne, prawda?
– Łatwiejsze niż się spodziewałem – przyznał Michał.
– Jarzynowa to zupa uniwersalna, nigdy się nie znudzi, bo smakuje inaczej z każdą zmianą składnika. To nie pomidorówka, że zawsze jest taka sama. Owszem, sporo z nią roboty, ale chyba warto trochę popracować?
– Matka zawsze gotowała rosół albo pomidorową, o ile w ogóle na obiad była zupa.
Remigiusz nie skomentował, Zaniedbania, jakich dopuściła się jego była żona w wychowaniu ich wspólnego syna, były zgoła przerażające. Wychowała bezwolnego robota gotowego na spełnienie każdego jej polecenia, co skutecznie utrudni chłopakowi dorosłe życie. On miał zupełnie inne poglądy na wychowanie. Celowo go prowokował, zmuszał do reakcji, by młody stawiał opór, prezentował własne zdanie i w taki sposób wykuwali konsensus. Szło opornie, buntu nie było ani śladu, a raczej już możliwa do zaobserwowania apatia i zniechęcenie. Bo mimo wszystko bierna postawa jest wygodna, nie zmusza do myślenia, większej aktywności, a jedynie wykonywania poleceń. Tak samo było z tą zupą. Brak buntu, płacz bezradności… Chłopak był niestety pizdowaty, a to brało się z wychowania posłusznego żołnierza. Ciężko będzie coś z tym zrobić, ale będzie się starał. Tak samo z nową szkołą, młody posmutniał, gdy oznajmił mu przenosiny do świdnickiej podstawówki. Jako swoją propozycję przedstawił szkołę w chmurach, o której on, Remigiusz, miał jak najgorsze zdanie. Brak interakcji z rówieśnikami, wysiadywanie godzinami przed komputerem… Przy jego kondycji fizycznej i brzuszku to tylko pogłębianie problemu.
– Tata, jest jeszcze coś do zrobienia? Bo poszlibyśmy pograć w grę na laptopie…
O wilku mowa, pomyślał gorzko Remigiusz. Te cholerne gry komputerowe koniecznie trzeba będzie ograniczyć i zastąpić czymś bardziej pożytecznym. Gdy już zapadła decyzja, że jego syn z nim zamieszka, a tym bardziej, kiedy stanął na progu jego domu, zapadła decyzja, że będzie trzeba coś zrobić z jego zdrowiem. Cukrzyca, teraz możliwa padaczka, otyłość...Do tej sauny wziął go celowo, by zobaczyć, jak jest zbudowany i czy nie ma problemów, które wyszłyby za późno. Wszystko wyglądało jak należy, choć mógłby mieć trochę dłuższego – pomyślał złośliwie. Nie, żeby miało to jakieś istotne znaczenie, ale uważał, że każdy facet powinien być dumny ze swojego członka. Historie z gabinetu urologa, opowiadane mu przez Maciorę tylko to potwierdzały.
– Naczynia same się nie umyją – oświadczył celowo nieco złośliwie. Ale przynajmniej chłopak nie bał się roboty, bo gdy tylko padło polecenie, Michał i Kacper rzucili się do kuchni i, chlapiąc i przekrzykując, w akompaniamencie śmiechu zabrali się do roboty. Obserwował ich z przyjemnością, choć wiedział, że tych dwóch, a może nawet całą trójkę, łączy coś więcej niż zwykła przyjaźń. Gdy Maciora opowiedział mu, w jakich okolicznościach poznał Michała, Remik był przerażony. Nie dlatego, że wszystko wskazywało na to, że jego syn jest gejem, to mu w ogóle nie przeszkadzało, a to, że chłopak szuka przygodnych kontaktów. A już ta historia z waleniem konia z dorosłymi pedrylami w jakichś lochach, którą opowiedział mu Maciora, załamała go kompletnie. Sam kiedyś takich kontaktów poszukiwał i na własnej skórze przekonał się, do czego mogą prowadzić. Po prostu złapała go na tym milicja i miał przerąbane w domu, ojciec dał mu mocno popalić. Poza tym jedna z takich sytuacji skończyła się gwałtem, o którym nigdy nikomu nie powiedział, sam leczył głębokie rany, a miesiąc unikał ćwiczeń na wuefie przez ból podbrzusza. Nie mógł iść z tym do rodziców, bo ojciec byłby go zabił i może niekoniecznie w przenośni, A nie takiej przyszłości chciał dla swojego syna. No ale nic nie mógł zrobić, nie może pędraka karać za błędy innych. Dlatego bez problemu zgodził się, by Michał przyjechał ze swoim chłopakiem, który na szczęście okazał się mądry i przesympatyczny, w końcu syn niegdyś sekretnej kochanki jego partnera, nawet nie przerażało go, że prawdopodobnie coś iskrzy między Michałem a Juniorem. Był tego prawie na sto procent pewny, żaden chłopak przecież nie pozbyłby się łatwo takiej super laski jak Anita, a Junior oddał ją walkowerem, nawet rajfurzył ją Pawłowi. Cuda i dziwy, panie – uśmiechnął się na samo wspomnienie.
– Zmęczony jestem – westchnął Michał, podszedł do kanapy i usiadł koło ojca, po czym przytulił się do niego. Remigiusz odwzajemnił uścisk i położył mu rękę na barku.
– Nie za duży jesteś na takie przytulanki? – spytał zauważywszy, że Kacper i Junior opuścili pokój i pewnie poszli grać w ping ponga. Kacper do dziś nie mógł się nacieszyć stołem i grał z każdym, kto tylko wyraził taką chęć. Ale sam fakt, że syn tego potrzebował, był pozytywny. On też tego potrzebował, ale nigdy by się do tego nie przyznał. Do przytulanek dobry jest Maciora i jak już dziecko ma dwóch tatusiów, niech od każdego bierze, co ten może mu dać. Ale od czasu do czasu można spróbować nadrobić straconą dekadę. Jeszce raz stanął mu przed oczyma moment, kiedy Michał pojawił się w progu jego domu. Tak szczęśliwy nigdy jeszcze nie był, choć na początku był bardzo sceptyczny. Nie chciał zamieszkać z synem i Maciora musiał go długo do tego przekonywać. Co innego kochać z oddali, co innego w wymiarze praktycznym. I to nie była łatwa miłość, bynajmniej.
– Wiesz co, ojciec? Ja chyba nie pamiętam, kiedy ktoś mnie przytulił. Pierwszy raz był wujek Maciej, a ty jesteś drugi…
– A Kacper to co? – zapytał Remigiusz z dzikim błyskiem w oku. Już od dawna nie ukrywał przed synem, że wie, co go łączy z tym chłopakiem.
– Ech, to jest co innego – westchnął Michał. – A w sumie i tak od niedawna, jak wiesz, długie lata kłóciliśmy się…
– ...o nic – wpadł mu w słowo Remigiusz. – Kto się czubi, ten się lubi, pamiętaj to.
– Tata, a jak właściwie poznałeś wujka Macieja? – zapytał znienacka Michał.
– A na kongresie lekarskim – odpowiedział beztrosko Remigiusz. – Przez przypadek zamieszkaliśmy w tym samym pokoju w hotelu. Ale nie wiem, czy powinienem opowiadać, co było dalej… To raczej nie dla uszu grzecznych dzieci – roześmiał się Remigiusz. – Ale skoro mam przy sobie niegrzeczne dziecko, to opowiem. Otóż wieczorem, jak na takich spędach bywa, urządzono popijawę. Maciora nie bierze udziału w takich imprezach z definicji, ja uważam że alkohol jest dla ludzi i czasem coś wypiję. Trochę przesadziłem, sympozjon skończył się późno…
– Sympozjon? Czy sympozjum?
– Sympozjon to stare greckie słowo na bibę i inną suto zakrapianą imprezę. Zatem wróciłem do pokoju i położyłem się do łóżka. Ponieważ to było po pierwszym dniu, zapomniałem które łóżko jest moje, rano odkryłem obok gołego Maciorę… i byliśmy przytuleni do siebie. Inne szczegóły pominę. Później poszło samo, po prostu odkryliśmy, że bardzo wiele nas łączy.
Remigiusz odetchnął. Powiedział prawie całą prawdę, a do tej jednej rzeczy, dlaczego położył się nagi obok Maciory i że nie alkohol był tutaj winny, a na pewno nie przede wszystkim, nie przyznałby się za żadne skarby nawet przed samym Maciorą. |
|
 |
januma |
Wysłany: Pon 22:27, 25 Sie 2025 Temat postu: |
|
Jestem  |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Pon 21:06, 25 Sie 2025 Temat postu: |
|
To co, powoli kończymy? W ogóle kto dotrwal do końca? Przyznać się
Przypominam, całość w najnowszej wersji na chomiku, z bezpłatnym transferem |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Pon 19:03, 25 Sie 2025 Temat postu: |
|
97.
– To co, wpadniecie w przyszły weekend? – zapytał ojciec Macieja, kiedy już obcałowali się z dubeltówki.
– Pewnie, a jak się da, to nawet wcześniej. W końcu trzeba będzie przywieźć Kacpra do domu.
– Nie śpiesz się tak, wujku – roześmiał się Kurczak, ale jakoś smutno. Zżyliśmy się z nimi, Paweł działał trochę jak katalizator między Kurczakiem a Juniorem. Nie to, że za sobą nie przepadali, dogadywali się bez problemu, ale miałem wrażenie, że jakoś tak chłodno. Pewnie chodziło o mnie, pomyślałem może trochę nieskromnie. Ciekawe jak będzie po ich wyjeździe. Wuj Maciej i Paweł skończyli pakować auto i w tym momencie łza pojawiła mi się w końcówce oka i ściekła po policzku. Pal sześć Pawła, ale doktor Maciej był zawsze dla mnie ostatnią instancją, ważniejszą nawet od ojca. Mój ojciec, kiedy już się zorientował, że rozumiem naturę ich związku i ją akceptuję, zgodził się chyba, żeby Maciej pełnił rolę drugiego ojca i nigdy jej nie kwestionował. Dla mnie układ był taki: ojciec to rozum, wuj Maciej to serce i tak to działało. No i Maciej był zdecydowanie luźniejszy, gdyby trzeba było przyznać się do czegoś poważniejszego, na pewno zacząłbym od niego.
Pożyczony przez wujka Macieja samochód z wyciem klaksonu przejechał przez bramę. Kończył się pewien etap mojego pobytu. Jak będzie dalej? Z tego co zrozumiałem, wujek Maciej był w zasadzie bezpieczny, my też, to znaczy coś zagrażało Juniorowi, dlatego zresztą tu mieszkał.
– Ty płaczesz? – zdziwił się ojciec patrząc zdumiony na moją twarz.
– E tam… tak jakoś smutno mi się zrobiło.
– To wracamy do domu – zarządził ojciec. – Zwłaszcza, że powoli późno się robi. Tu już nic wielkiego się nie wydarzy.
– Jak u ciebie z gotowaniem? – zapytał znienacka ojciec, kiedy siedzieliśmy w salonie, oczywiście każdy głęboko zatopiony w swojej komórce, bo jakże by inaczej?
– Fatalnie – przyznałem się.
– Grubcio nawet wodę potrafi przypalić – złośliwie przygadał Kurczak, którego też nie widziałem za garami. W jego domu w kuchni niepodzielnie rządziła pani Honorata.
– Pytam, bo będziemy musieli jakoś prowadzić to gospodarstwo. Obiady będziesz jadł w stołówce, ale przecież ja czasem pracuję w weekendy albo wracam bardzo późno. A życie na samych kanapkach czy obiadach ze słoika jest po prostu niezdrowe.
No to się zaczyna. Ciesząc się na zamieszkanie z ojcem jakoś nie wziąłem pod uwagę, że i ja będę musiał prowadzić to gospodarstwo. U matki było prawie wyłącznie sprzątanie, bo zakupy i inne robiła ona, ale tu sytuacja wyglądała nieco inaczej, no i chałupa na wsi to nie mieszkanie w bloku. Trzeba opalić, zadbać ogródek, nakarmić koty i króliki i całą masę innych rzeczy. Nawet ciepła woda nie leci sama z kranu, trzeba ją najpierw odpowiednio wcześnie podgrzać w bojlerze.
– Kanapki umiem zrobić, a cała reszta… nie mam zielonego pojęcia.
– Wszystko jest trudne, zanim stanie się proste – uśmiechnął się ojciec. – Nie obwiniam cię, że nie umiesz, ale musisz się nauczyć i to nie dlatego, że ja chcę, ale wymaga tego konieczność. To dobra, lekcja numer jeden. Ty i Kacper ugotujecie zupę jarzynową, a Junior i ja idziemy rąbać drzewo do pieca. Nikt nie będzie się nudził.
– Eeee – wyrwało mi się. – Przecież ja nie mam pojęcia, jak to się robi. Kurczak, ty coś, gdzieś?
– Mniej więcej takie samo jak ty – uśmiechnął się diabolicznie. – Trochę nauczył mnie Paweł, ale zupy nie gotowałem.
– Na internecie znajdziecie przepis na jarzynówkę, na takiej stronie Karolina gotuje. Wszystkie składniki są w lodówce i spiżarce. I nie bójcie się, że coś zużyjecie,` dopiszcie to do listy, która wisi na lodówce, to się kupi. No to radźcie sobie – uśmiechnął się dobrodusznie lecz w oczach widziałem obawę, jakby bał się, że kuchnia może wylecieć w powietrze – a my z Juniorem spadamy.
Prawdę mówiąc z Kurczakiem najlepiej dotąd wychodziły nam wspólne zabawy w łóżku i gdy już wyszli, miny mieliśmy nietęgie.
– Cholera – powiedziałem. – No i radź sobie sam… Skąd ja mam to wiedzieć? Powiedział mi kto? Pokazał? – wściekałem się. Jak się w ogóle robi tę cholerną zupę? Nigdy nawet się nie zastanawiałem. Usiadłem na kanapie i zacząłem płakać. Jeśli tam ma wyglądać mój pobyt w tym domu, to ja dziękuję. Chlipałem jak mały chłopczyk, kiedy w pewnym momencie kanapa po prawej stronie ugięła się głęboko, a po chwili poczułem ciepłe ramię Kurczaka za szyją i na barku.
- Nie płacz, bo to nie ma sensu. Ojciec ma rację, musisz się nauczyć gotować, zwłaszcza w takim układzie, w jakim będziecie mieszkać.
– I ty też przeciw mnie – syknąłem, ocierając oczy łokciem.
– Nie, skądże? Tak trochę obserwowałem wujka Remika i zauważyłem, że lubi samodzielność. Możesz coś źle zrobić, ale musisz zrobić. Rozumie, że coś może nie wyjść. O, patrz tu – podsunął mi pod nos swoją komórkę.
– Znów jakieś forum masturbacyjne?
– Nie, to ta Karolina, co gotuje. Masz wszystko w punktach, z podanymi czasami, zdjęciami. Nic nie musisz umieć, przynajmniej na początku. Po pewnym, czasie sam nauczysz się kombinować.
Faktycznie, wszystko było przejrzyste, jasne i napisane zrozumiałem językiem. Czemu ja tak histeryzowałem? Aha, bałem się ojca.
– To co? Gotowy? To się pośpiesz, no trochę czasu to zajmuje. Ja przygotuję mięso na wywar, a ty zacznij obierać ziemniaki. To chyba umiesz? Bo jak nie, to znajdę instrukcję obierania ziemniaków na jakimś forum dla gastronomicznych onanistów…
Popatrzyliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem.
– Dowódco, nie ma tu żadnych innych instalacji, pomieszczenie jest chyba czyste – zameldował żołnierz.
– Na wszelki wypadek przelećcie to wykrywaczami metalu, mam wrażenie, że on tu jeszcze coś ukrył. Bomby co prawda się nie spodziewam, ale z takimi szaleńcami nigdy nic nie wiadomo.
Ledwie zaczęli metodyczne badanie regału, przed nimi pojawiła się smuga białego dymu, początkowo ledwie zauważalna, później nieco większa. Pracujący w maskach gazowych żołnierze nie wyczuli dymu, dopiero, gdy obłok był większy, jeden z nich wykrzyknął.
– Pali się! Na regale, po lewej!
Jak na komendę wszyscy zwrócili się w tym kierunku. Stojące na półce segregatory zajmowały się szybko płomieniami.
– Andrzej, leć po gaśnicę do auta, ino szybko!
Wywołany żołnierz zniknął, by po chwili pojawić się z czerwoną gaśnicą. W tym momencie ogień żywo buzował i rozprzestrzeniał się.
– Kurwa, to jest zabezpieczone dodatkowo materiałem łatwopalnym – zaklął jeden z żołnierzy. –– No sikaj!
Dowódca, widząc że jedna gaśnica to zdecydowanie za mało i że przy pomocy tych środków, którymi aktualnie dysponują, walka jest przegrana, a ogień ma szansę rozprzestrzenić się na cały dom, wyjął telefon komórkowy i zawiadomił miejscową straż pożarną. Wóz strażacki pojawił się po pięciu minutach, ale pokój i obie etażerki były praktycznie zwęglone. Nie takiego wyniku od niego oczekiwano, ale musiał szczerze i uczciwie przed sobą przyznać, że tak zmyślnego zabezpieczenia jeszcze nie widział.
– Przecież to nie mógł być samozapłon – zżymał się jeden z żołnierzy. – No bo w sumie jak?
– Mam pewną teorię, ale ona wymagałaby przebadania tej pożogi – dowódca wykonał niechętnie gest w stronę domu. – Zapłon odpalony zdalnie, na przykład telefonem komórkowym bądź radiem. Raczej to pierwsze.
– To musiałby ktoś nas obserwować, by to odpalić w odpowiednim momencie – zaprotestował żołnierz. – A tu cisza, spokój.
– Jesteś tego pewny? – dowódca popatrzył na niego sceptycznie.
Edward Janik bardzo dziwnie się czuł, w kajdankach i prowadzony przez dwóch policjantów w budynku, który kilka dziesiątek lat był jego miejscem pracy. Mijał drzwi, za którymi prawdopodobnie nie wyda już żadnego polecenia, korytarz, na którym już nikt nie będzie mu się kłaniał, a przynajmniej ze strachem. Minął gabinet komendanta i zaczął się zastanawiać, dokąd go prowadzą. No tak, do gabinetu przesłuchań. Potraktowali go jak ostatnią szmatę. Niech no tylko ten bajzel się skończy… W gabinecie siedział prokurator Ożóg, którego znał z wieloletniej pracy i raczej za nim przepadał oraz pełniący obowiązki komendanta Poniewierski.
– Bardzo mi przykro, że spotykamy się w takich okolicznościach – zagaił komendant.
– Proszę do rzeczy – odburknął Janik. – Nie mam zamiaru wysłuchiwać waszych przemówień. I proszę skontaktować mnie z moim prawnikiem.
– Ależ proszę bardzo – wytwornie odezwał się Janik. Zacznijmy zatem o przedstawienie części zarzutów. Oskarżam pana o przygotowanie w posesji… przy ulicy… instalacji uwalniającej cyjanowodór, czyli spowodowanie zagrożenie dla zdrowia i życia czyli przestępstwo z artykułu 160 kodeksu karnego. Jednocześnie prokuratura występuje do sądu o zastosowanie tymczasowego aresztowania z uwagi na duże prawdopodobieństwo zacierania śladów, mataczenia a także ucieczki.
Janik odetchnął z widoczną ulgą,.Zatem nic na niego nie mają, przynajmniej na razie, a te cholerne akta powinien już do tej pory trafić szlag. Za sto sześćdziesiątkę sąd raczej nie da mu aresztowania, najwyżej dozór policyjny. Zatem gra będzie się toczyć dalej – pomyślał w odruchu mściwej satysfakcji. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Nie 20:19, 24 Sie 2025 Temat postu: |
|
96.
Janik rozłączył rozmowę i schował telefon. Mogą stawać na uszach, i tak gówno będą mieli – pomyślał złośliwie. Jeśli w ogóle przeżyją… Jednak mściwe myśli i udawana nawet przed samym sobą pewność siebie miały tylko zamaskować wewnętrzny niepokój. Wiedział, że popełnił błąd, który mógł go drogo kosztować. Trzeba było pieprzyć się z tą lalą, wpuścić policjantów, nawet dać się aresztować. Wiele by na niego nie mieli, musieliby go puścić. Zwłaszcza gdyby zadziałały jego czynniki ochronne na górze. A tak… Mimo że wszystko było zabezpieczone i, sądząc z reakcji Poniewierskiego i jego ekipy, zabezpieczenia te zadziałały, sytuacja stawała się groźna. A jeszcze gorzej, jak w ich ręce wpadną te dokumenty, wyprowadzane z komendy, prokuratury i z kilku innych miejsc. Uszatek, głupi nie jest, wie, o co w tej sprawie wiele i, jeśli tylko dostanie do ręki odpowiednie dowody, może go wysłać na bezpłatny przymusowy urlop na wiele lat, tak do dwudziestu pięciu. Teraz wszystko było w rękach jednego człowieka…
– Zjesz coś? – zapytał Rymanowski.
– Raczej bym coś wypił. Po tym wszystkim apetyt spadł mi do zera.
– Robi się – odparł raźno Rymanowski. – Na frasunek dobry trunek.
Butelka czystej wódki wjechała na stół, wkrótce potem dwa kieliszki. W tym momencie przez kuchnię przeszła żona Rymanowskiego i obrzuciła ich ostrym spojrzeniem.
– Tylko nie przesadzajcie. Bogdan, ty wiesz, co wódka potrafi z tobą zrobić.
– No dobrze już dobrze. Tylko ta butelka…
Pili w milczeniu, zakąszając ogórkami konserwowymi. W tym momencie do drzwi rozległo się potrójne głośne pukanie. Kieliszek pełen alkoholu zawisł w ręce Janika między stołem a ustami. Wykonał przeczący ruch głową i wolno wypił zawartość kieliszka. Pukanie rozległo się ponownie.
– Co ty odpierdalasz – usłyszeli głos żony Bogdana w bocznych drzwiach. – Pukają to otwórz. Bo jak nie to ja otworzę.
– Nie rób tego – jęknął Rymanowski, ale było już za późno. Kobieta w białej bluzce i plisowanej spódniczce przeszła przez pokój i poszła w stronę drzwi wejściowych.
– Nie! – zdążył jeszcze krzyknąć Janik, ale było już za późno. Po kilku sekundach do pokoju weszło trzech umundurowanych funkcjonariuszy.
– Pan Edward Janik? – zapytał ten najwyższy raczej pro forma, gdyż obaj znal się z widzenia i często mijali na korytarzach wałbrzyskiej komendy.
– Mamy nakaz zatrzymać pana i doprowadzić do komendy policji w Wałbrzychu – ciągnął. Na razie jest pan zatrzymany do dyspozycji prokuratora. Dobrze pan wie, że zatrzymanie może nastąpić na życzenie policji lub prokuratora.
– Pod zarzutami? – popatrzył Janik spode łba. – Artykuł 244 kodeksu postępowania karnego.
– Zarzuty przedstawi panu prokurator. Panie inspektorze, zna pan zasady tej gry i to pewnie lepiej niż ja, bo między innymi pan mnie ich uczył i je egzekwował. I proszę nie stawiać oporu.
– Mogli przynajmniej aspiranta wysłać, a nie jakiegoś krawężnika – powiedział niby do siebie Janik, czując się zlekceważony. Ten był tylko w stopniu sierżanta sztabowego. A w ogóle jak go tu znaleźli? Ale o tym będzie jeszcze czas pomyśleć.
Popatrzył na zegarek, była już dziewiąta. Jeśli usłyszy zarzuty, to najwcześniej jutro, a najpewniej w poniedziałek. Mógłby ich jeszcze pomęczyć, miał jeszcze kilka praw, których nie wykorzystał, ale wiedział, że tu nic nie uzyska. Teraz trzeba będzie sobie znaleźć dobrego adwokata i czekać na to, co zwojuje jego żołnierz. Oczywiście o jego istnieniu miał pojęcie tylko on i nikt więcej, co dawało jakieś szanse. Wolno wstał i dał sobie nałożyć kajdanki, po czym udał się do radiowozu ustawionego za załomem ulicy, tak, żeby nie był widoczny z domu.
– Głowa – warknął najniższy z policjantów, wsadzając go do policyjnego samochodu i podniósłszy rękę nacisnął głowę zatrzymanego tak, by, przypadkiem lub nie, nie uszkodził jej przy wsiadaniu.
Grupa wojsk chemicznych w maskach gazowych weszła do wnętrza domu.
– Jak powiedziałem, szukamy instalacji elektrycznej prowadzącej do miejsca ukrycia reakcji chemicznej. Oczywiście należy zwracać uwagę na wszystkie inne podejrzane rzeczy, takich niespodzianek może być więcej.
Żołnierze podzielili się robotą i konsekwentnie, krok po kroku, metr po metrze sprawdzali wtyczki, przebieg instalacji we wszystkich pomieszczeniach. Pierwsze pół godziny spędzili na parterze, a przeszukiwanie nie przyniosło nic podejrzanego. Instalacja działała, nie było podejrzanych przewodów, a w szafach i w kuchni nie znaleźli żadnych rzeczy, których obecność w tym miejscu byłaby trudna do wytłumaczenia. Może poza prezerwatywą, ewidentnie używaną, leżącą pod łóżkiem.
– Oddajemy gliniarzom do analizy? – zapytał jeden z żołnierzy.
– Bez przesady – roześmiał się dowódca. Zabezpiecz tylko w woreczku, oni już zrobią z tym co chcą.
Następnie zrobili klatkę schodową, w której również nic nie znaleźli i zaczęli sprawdzać pomieszczenia. Jeśli tu nic nie znajdą, trzeba będzie zacząć od tego feralnego pokoju,w którym wydzielał się cyjanowodór, choć było to trochę wbrew sztuce, poza tym, z tego co powiedzieli mu zleceniodawcy, rzecz należało zrobić w miarę szybko lecz bez nadmiernego pośpiechu.
– Dowódco, tu jest coś nie tak – zameldował jeden z żołnierzy. – Patrz, zwykły włącznik, taki jakich w tym domu pełno. Naciskam go, ale nie widzę żadnej reakcji. Nic się nie zapala, nic nie gaśnie… Zresztą tu nie ma żadnych innych lamp poza tą na suficie i przy łóżku na nocnym stoliku.
– Trzeba będzie rozkuć ściany – stwierdził z niesmakiem dowódca, pomedytował nieco i wydał odpowiednie dyspozycje.
Po ponad godzinie dziwny przewód, poprowadzony w wyjątkowo przemyślny sposób doprowadził ich do zamku w drzwiach do pomieszczenia, w którym doszło wcześniej do wycieku cyjanowodoru, przynajmniej tak twierdziła policja.
– Wchodzimy? – zapytał jeden z żołnierzy.
– Nie mamy innego wyjścia – odezwał się dowódca. Cała grupa weszła do pomieszczenia, a pierwszy wchodzący zapalił światło.
Pomieszczenie było równoległe do łazienki, toalety, zakończone małym, prostokątnym okienkiem u szczytu. Nie był to klasyczny pokój, zresztą był za wąski, by ktokolwiek mógł w nim mieszkać. Raczej został zaprojektowany z zamysłem utworzenia tu lamusa czy pakamery. No i tak traktował to właściciel. Pomieszczenie, w przeciwieństwie do całej reszty domu było zagracone, zaniedbane, by nie powiedzieć wprost zapuszczone, z pomalowanymi na beżowo ścianami, których farba spłowiała już, a w niektórych miejscach pojawiły się zacieki. Po lewej stronie pod ścianą stały regały z książkami i dokumentami w segregatorach, za nimi postawione na sztorc pod ścianą łóżko bez materaca.
– Szefie – zawołał jeden z żołnierzy, stojący przy etażerce. – Pan popatrzy na to…
Na półce etażerki znajdował się zestaw jak do doświadczeń chemicznych w szkole” zlewka, erlenmajerka, jakieś probówki zanurzone w cieczach.
– To wszystko jest połączone do tej instalacji, która prowadzi z sypialni na piętrze. To działało tak: Właściciel, jeśli chciał pójść do tego pomieszczenia, wyłączał instalację u siebie w sypialni. Jeśli zaś byłą włączona, fotokomórka, po zarejestrowaniu ruchu wysyłała sygnał, który włączał podgrzewacz i w taki sposób rozpoczynała się reakcja chemiczna. To tak z grubsza, tu jest jeszcze po drodze mały komputer Raspberry Pi, na razie nie wiemy po co, dowiemy się więcej po sprawdzeniu oprogramowania. Dość to zmyślne i działa raczej niezawodnie, tyle że reakcja już się skończyła, to aparatura jednorazowa, w przypadku uruchomienia reakcja przebiega do końca i trzeba zmieniać reagenty. Przypuszczalnie tylko do jednorazowego użycia.
Żołnierz skończył ten przydługi monolog i westchnął. Miał ochotę na papierosa, ale chwilowo było to niemożliwe. Dowódca wysłuchał raportu, podziękował i podszedł w stronę drzwi. Teraz trzeba będzie musiał poinformować policję wałbrzyską o wstępnych ustaleniach.
– To już koniec? – zapytał któryś z żołnierzy.
– Bynajmniej. Tu może być jeszcze kilka tego typu zabawek. Sprawdźcie wszystko centymetr po centymetrze.
Mężczyzna stał i obserwował okno. Było już późno i oczy mu się kleiły. W plecaku miał jeszcze puszkę napoju energetycznego, ale tę chował na czarną godzinę. Z tego też powodu początkowo nie zauważył, że w obserwowanym oknie zapaliło się światło. Teraz będzie trzeba odczekać dziesięć minut, jak zalecił Janik. Popatrzył na zegarek, Dwudziesta pierwsza trzydzieści. Ile czasu świeci się to światło? Ostatnio, gdy kontrolował czas, było dwanaście minut po dziewiątej. Lepiej jednak zadzwonić później niż wcześniej, zdecydował. Skontrolował otoczenie jeszcze raz, było czyste. Wyjął paczkę papierosów. Nie było ustalone, czy można palić, czy nie, ale w końcu jest na zewnątrz. Gdy kończył papierosa, była dwudziesta pierwsza trzydzieści dziewięć. Jeszcze sześćdziesiąt sekund. Co się stanie? Będzie eksplozja? Czy coś innego? Tego Janik mu nie powiedział. Nawet, jeśliby to wykurwiło, powinien być bezpieczny. Na wszelki wypadek cofnął się o kilka kroków, na ile pozwalał mu teren i noc. Gdy zegarek wskazywał punktualnie wyznaczony czas, wcisnął numer, który miał w pamięci i wcisnął zieloną ikonkę słuchawki. Ale nic się nie stało. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Sob 16:30, 23 Sie 2025 Temat postu: |
|
95.
Paweł i Kurczak siedzieli na górze i pakowali się do jutrzejszego wyjazdu. Siedziałem w warsztacie i nawet nie chciałem do nich iść, bo na samą myśl o tym, że Kurczaka nie będzie, łzy same płynęły mi do oczu. Owszem, Junior na razie zostaje, ale… no właśnie. Obaj byli częścią mojego życia. Po wydarzeniach przed bunkrem był jeszcze bliższy, tu nawet nie chodziło o wspólne walenie konia, to był tylko przyjemny dodatek. Fajny ale niekonieczny. Tymczasem on zachowywał się tak, jakby nic się nie stało, ani słowa pocieszenia, nic. Bolało mnie to bardzo, ale nie chciałem dać mu poznać, zwłaszcza że ten niedawny atak padaczki zupełnie wybił mnie z równowagi. Cukrzyca, białaczka, co jeszcze? Pocieszające było tylko to, że będę mieszkał z lekarzem pod jednym dachem. No i ta szkoła… Łatwo nie będzie. Z reguły wolno się przekonuję do ludzi, a Świdnica to nie Wrocław. Pewnie będą się nade mną znęcać, bo każdy nowy musi przejść próbę. Usiłowałem namówić ojca na nauczanie indywidualne, albo chociaż słynną szkołę w chmurze, ale ojciec nawet nie chciał o tym słyszeć. Stoczyłem o to z nim prawdziwą batalię, która skończyła się dla mnie sromotną klęską. Szkoła to nie tylko tabliczka mnożenia i wypracowania, to także nauka współżycia z innymi ludźmi – powiedział i dodał, że wszyscy, których zna, a którzy uczyli się w warunkach domowych są dziwni i niedostosowani społecznie, cokolwiek by to znaczyło.
– Samolubni, nawet gorzej niż jedynacy, nieumiejący pracować w grupie, nieskorzy do kompromisu, nieobowiązkowi, władczy. Czyli dokładnie te wszystkie cechy, których nie chciałbym widzieć u ciebie i przed którymi cię bronię – powiedział. Matce przeszkadzałyby mniej, może poza obowiązkowością, ale dla ojca nie byłby to żaden argument, zwłaszcza że robił wszystko, bym czuł się inaczej niż u matki. Zatem codziennie pociąg do Świdnicy, po południu powrotny, w sumie ponad dwie godziny dziennie wyrwane z życiorysu. Zacząłem wątpić, czy ja naprawdę chcę mieszkać u ojca i czy nie lepiej jednak męczyć się dalej z matką. Powstrzymywał mnie jedynie ten pierdolnik, który zrobiła z mojego życia. Jeśli jeszcze miałem do niej jakieś szczątki zaufania, straciłem je na wieki. Ehc, westchnąłem i wróciłem do domu.
Siedzieliśmy przy obiedzie, kiedy wrócił Paweł.
– I jak ukochana? – zapytał z uśmiechem mój ojciec.
– Jaka tam ukochana – odpowiedział Paweł dysząc jeszcze po jeździe na rowerze. – Zwykła koleżanka.
– Gdyby to byłą zwykła koleżanka, to odprowadziłbyś ją do bramy a nie odwoził ją do samego Wałbrzycha – wtrącił się wujek Maciej. I zanucił:
– Ja czuję to w swym członku, ty czujesz w pochwie swej
że zbliża się ruchanie, tak zbliża się, że hej…
Melodię znałem, to z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”, który oglądałem całkiem niedawno. Towarzystwo gruchnęło głośnym śmiechem, zwłaszcza Kurczak, szczególnie wyczulony na każde innuendo. Jednak praktyka na forach dla onanistów robi swoje, pomyślałem zjadliwie.
– Żadnego ruchania nie będzie – powiedział Paweł gniewnie i się zaczerwienił.
– A co, już się pokłóciliście? Nie zdziwiłbym się – spokojnie powiedział wujek Maciej.
– Skądże… Fajna dziewczyna, pozwólcie, że najpierw się dobrze poznamy. Junior, wiesz coś więcej?
– Wiem, ale nie wiem, czy ci powiem – uśmiechnął się. – Umówiliśmy się z chłopakami z klasy, że będziemy bronić naszych dziewczyn przed zbałąmuceniem przez podrywaczy. Już jeden dostał oklep…
– Mam nadzieję, że żartujesz – powiedział zimno mój ojciec. – Lepiej zróbcie coś, by wasze dziewczyny was zauważały i nie musiały szukać gdzie indziej. Zachowujecie się jak typowy pies ogrodnika, co to sam nie zje i drugiemu nie da. A poza tym te dziewczyny nie są waszą własnością, prawda? Bronić to możesz własnej żony i to nie we wszystkich sytuacjach
Junior skulił uszy po sobie, oczywiście w przenośni bo akurat w tym przypadku nie byłoby to absolutnie możliwe. Mój ojciec po raz kolejny pokazał swoją bezkompromisowość jeśli chodzi o zasady współżycia. I nie przeszkadzało mu to, że tak w zasadzie nie miał prawa, Junior był tylko synem przyjaciela jego partnera. Ejże, czy ja chcę mieszkać pod jednym dachem z takim człowiekiem? Na razie nie zademonstrował ciężkiej ręki i pewnie jej nie ma, ale wyglądało, że to człowiek bardzo wierny swoim zasadom i nie uznaje żadnych kompromisów. Jeszcze raz przypomniały mi się wpisy na forach medycznych na jego temat. Jakakolwiek dyskusja z nim jest niemożliwa. Miły, ale do bólu konsekwentny. Ciekawe ile jego żona z nim wytrzymała… Oczywiście na razie bronił wartości, pod którymi i ja się podpisywałem,l ale cholera wie, jak to będzie w przyszłości. Na szczęście Junior nie wyglądał na bardzo obrażonego.
– W zasadzie wujek ma rację, mnie to też się nie podoba. A wracając do sedna, Anita jest…
– Powiesz mu to na osobności – poprosił wuj Maciej. – To są sprawy intymne.
– A tę zboczoną piosenkę to kto napisał? – zainteresował się Kurczak, hamując śmiech na samo wspomnienie.
– Jak to kto, wujek Remik i Sebastian – odpowiedział Paweł. – Oni powinni wydać płytę ze swoimi przeróbkami. Tylko taką od osiemnastu lat, bo to to w dużej większości świństwa.
– A właśnie, jak tam Sebastian? – zainteresował się ojciec.
– Ostatnie wiadomości mam sprzed trzech godzin, jest chwilowo w Kopenhadze, źle się poczuł w metrze i teraz śpi u jakiegoś przygodnie poznanego Duńczyka, zdaje się tego, który go z tego metra wyciągnął – odpowiedział wuj Maciej. – Na wszelki wypadek przysłał mi adres i zdjęcie tego chłopaka, to jakiś młody szczawik jest. Po tamtych wypadkach w Niemczech kiedy mało go zamordowali, Sebastian zawsze się zabezpiecza, wręcz dmucha na zimne.
– Pokaż – zażądał Paweł i po chwili wpatrywaliśmy się w ekran komórki. Faktycznie młodzik, mógł mieć osiemnaście, góra dziewiętnaście lat. Coś w jego twarzy budziło zaufanie, jakaś łagodność, ufność. Fajny chłopak, podobał mi się ogromnie, nie powiedziałbym takiemu „nie” w pewnych sytuacjach. I nawet ładną górkę mu widać. O czym ja znowu myślę?
– Wiesz jak ma na imię?
– Pisze się Svend, ale tego „d” na końcu się nie czyta. W ogóle Sebastian mówi, że oni tę literę „d” dodają do wszystkiego jak my pieprzu do sałatki. Nawet mand czyli mężczyzna piszą z tym cholernym „d”…
W tym momencie obraz na ekranie zniknął, a pojawiła się słuchawka i imię Honorata, a telefon zaczął dzwonić.
– Tak? Cześć – przywitał się wuj Maciej. – Tak, tu jest. Je, to znaczy żyje… Tak? Co ty powiedz? Obaj? A on miał? No tak, rozumiem, spokojnie, zaraz mu powiem. A to Remik musi się zgodzić, ale nie przewiduję problemów. Tylko by spróbował – roześmiał się wuj Maciej. – Nie, tu jest atmosfera jak w dwunastej księdze Pana Tadeusza. No dobra, to zadzwoń później.
– Czego chciała? – zapytał Kurczak, patrząc na nas spode łba.
– Te4 twoje pasożyty czy jak na nie mówisz, rozchorowały się na świnkę. Ponieważ ty jeszcze nie miałeś, a masz jądra w stanie dojrzewania, więc świnka byłaby już dla nich groźna, zostaniesz tu jeszcze tydzień.
– Huraaaaa!!! – Kurczak wyskoczył do góry. On się autentycznie cieszył! I po chwili rzucił mi się na szyję.
– Wuj Maciej uratował ci jaja po prostu – stwierdził Junior.
Mężczyzna odebrał odpowiednie dyspozycje, zakończył rozmowę przez telefon, wsadził komórkę do tylnej kieszeni spodni i spokojnie udał się na swój posterunek w krzakach przy domu. Było już ciemno, nikt go nie mógł tam zauważyć. On co prawda widział też niewiele, jednak rzecz, na którą ma zareagować, powinna być z tego miejsca dobrze widoczna, pojawienie się światła w oknie. Tym najmniejszym, podłużnym. Ma wtedy wybrać numer telefonu. I tylko tyle. Co prawda Janik kazał mu zadzwonić z czystego numeru, ale akurat takim nie dysponował. Kto zresztą się domyśli, że to jest mechanizm uruchamiany przez telefon? Dokładnie nie wiedział, o co chodzi, tylko tyle, że coś ma się stać. O tym, że Janik dobrze zabezpieczył swoją chałupę wiedział, natomiast nie wiedział, na co się pisze, wykonując to polecenie. Zresztą, teraz już było za późno na wahania i wątpliwości. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Śro 13:52, 20 Sie 2025 Temat postu: |
|
94.
Sebastian niewyspanym wzrokiem oglądał wieczorny krajobraz Kopenhagi zza okien taksówki. Ech, posiedziałby trochę w tym mieście, pozwiedzał coś więcej niż centrum, zobaczył słynną syrenkę, pojechał może do Szwecji i tym razem nie przespał mostu nad Sundem do Malmö. Albo północna Jutlandia z wydmami i krajobrazami wręcz księżycowymi wraz ze słynnym kościółkiem w Skagen, gdzie zbiegają się Skagerrak i Kattegat, które widział tylko raz przy wizycie w Brovst na jakimś meczu żużlowym i obiecał sobie, że koniecznie tu wróci. Teraz, kiedy miał przyjaciela w Kopenhadze, plany nabierały coraz bardziej realnego kształtu, przynajmniej jest baza noclegowa. Był prawie pewny, że Svend nie odpuści tak szybko i jeszcze pojawi się w kraju Andersena. Nie ma tego złego…
– Wysiadamy – powiedział Svend i podał kierowcy kartę płatniczą.
– To ja miałem zapłacić – przekomarzał się Sebastian.
– Zapłacisz w Anglii. Mamy jeszcze dziesięć minut, zwijamy się. Daj plecak, to go poniosę.
Co za wersal. Plecak Sebastiana był ciężki, zawierał sprzęt na prawie dwutygodniową wyprawę, toteż mimo zażenowania pozbył się go z przyjemnością. Układ dworca nie był skomplikowany, mimo to na peronie pojawili się na krótko przed odjazdem pociągu.
– Tu masz na drogę – Svend wcisnął Sebastianowi reklamówkę z Magazin du Nord. Znając ceny w tym sztandarowym sklepie na Strøget Svend pewnie zapłacił majątek, cokolwiek było w środku. Tak nawiasem Sebastiana zawsze bawił kopenhaski snobizm – Hotel d’Angleterre czyli „hotel angielski” był nazwany po francusku, Magazin du Nord też w języku Prousta. I to w kraju, gdzie dogadanie się po francusku graniczy z cudem.
– To co, buziaka? – Svend oparł plecak o ławkę i ujął Sebastiana w ramiona.
– Nie tu – szepnął Sebastian widząc, że zmierza to do pocałunku w usta. \– Co ludzie powiedzą?
– Że się bardzo lubimy? – roześmiał się Svend. Na peronie pojawił się już dyżurny ruchu, toteż nie przeciągali dłużej tej sceny.
W jadącym już przez kopenhaskie opłotki pociągu Sebastian znalazł swój przedział i zaczął się szykować do snu. Przygotował posłanie, wśliznął się pod koc i przypomniał sobie o reklamówce od Svenda. No tak, masa żarcia mogąca starczyć na trzy dni, słodyczy, owoców, nawet paczka czerwonej duńskiej kiełbasy. Zdaje się, że u Remika są jakieś młode chłopaki, z jego synem włącznie, z upłynnieniem słodyczy nie będzie większego problemu. Chłopcy, którzy nie jedzą słodyczy nie istnieją, w przeciwieństwie do dziewcząt. Swoją drogą trzeba będzie poinformować Svenda, że ma cukrzycę… Odpisał na esemes swego nowego przyjaciela życzący mu spokojnej podróży i zasnął.
Kilka godzin spał, pociąg mijał zaspane, nocne stacje. Gdy obudził się, pociąg stał na słabo oświetlonej stacji. Przez okno zauważył nazwę Padborg, nic mu nie mówiła. Miał już wrócić do łóżka i spać dalej, kiedy na korytarzu wagonu zadudniły kroki, a po chwili przedział przeszyło głośne pukanie. Otworzył drzwi i ujrzał dwóch mundurowych, wyglądających mu na duńskich lub niemieckich pograniczników.
– Guten Tag – powiedział jeden z nich. – Sprechen Sie Deutsch?
Sebastian potwierdził. Pogranicznicy zażądali paszportu, pokazał im brytyjski. Długo deliberowali nad paszportem, wpisali jego numer do ręcznego komputerka wielkości komórki i znów czekali aż zwróci im wynik.
– Proszę pokazać pański bagaż – zażądał drugi celnik, duński. Oglądali długo, łącznie z żarciem z Magazin du Nord, później rozejrzeli się po kabinie, zajrzeli za lustro, za łóżko, po czym pożegnali się.
Europa bez granic, Schengen – Srengen… – mruknął Sebastian. O kontrolach na duńskich granicach słyszał, łapali migrantów, ale nie miał pojęcia, że są aż tak drobiazgowe. A może chodziło o co innego? Położył się na chwilę i zdrzemnął, a gdy obudził się ponownie, pociąg dalej stał na stacji Padborg, a na dworze pojawiła się pierwsza jutrzenka. Wyglądało na to, że pociąg łapie potężne opóźnienie. Z tego co mówił mu Maciora wynikało, że te dokumenty są potrzebne na wczoraj, a każda godzina zwłoki może pogorszyć sytuację. Zapaliłby papierosa, ale pociąg był wyłącznie dla niepalących. Musiał się zadowolić snusem. Normalnym, z liści tytoniowych, których pudełko kupił w Oslo. W Unii Europejskiej były zakazane.
Anita skręciła gwałtownie, jakby w ostatniej chwili przypominając sobie, że jednak należało jechać w prawo. W tym samym momencie rower gwałtownie wyrzuciło do góry i musiała zaliczyć miękkie lądowanie na rozmokłej drodze. Zbierając się z upadku zauważyła, że przyczyną kraksy był wystający korzeń jakiegoś rosnącego przy drodze drzewa, całkiem widoczny. Jeszcze nigdy nie jechała tak zdekoncentrowana. Ciało paliło ją, jakby miała gorączkę, na czoło wystąpiły krople potu. Co się z nią dzieje? Od momentu rozstania z Pawłem nie mogła przestać o nim myśleć. Dalej czuła jego gorący oddech na policzkach, delikatny dotyk na dłoniach, tę dziwną sztywność w miejscu, o którym wolałaby nie myśleć, gdy Paweł przywarł do niej całym ciałem. Złapała się na tym, że myśli o tym prawie cały czas, a każde wspomnienie powoduje jakieś dziwne dreszcze na całym ciele. Do tej pory każde wspomnienie tej części ciała w rozmowach z koleżankami toczyło się w atmosferze żartów, nierzadko niewybrednych, sama miała pewne doświadczenie, kiedy nieopatrznie weszła do łazienki, a w wannie jej młodszy brat trzymał się właśnie za tę część ciała i poruszał zaciśniętą ręką w górę i w dół. Czuła się zmieszana, zdążyła wyjść, zanim się odezwał, jego wrzaski dobiegły do niej już zza zamkniętych drzwi. Kiedy jednak poczuła to pięć minut temu, tamten incydent jakoś nie zniesmaczył jej. Ciekawe, czy Paweł też robi takie rzeczy? Koleżanki twierdziły, że każdy facet zrobił to przynajmniej raz, a najczęściej robią to codziennie. Cóż… Popatrzyła na zegarek. Rodzice w pracy, może po drodze zajrzeć do babci, nie jest daleko, w ostateczności może nawet zostać na noc.
– Anitko, co się z tobą dzieje? – zapytała babcia widząc, że córka smaruje chleb masłem lekko drżącymi rękami, a przy poprzedniej kanapce pomidor i kawałek kiełbasy spadł jej na talerz.
– Nic, babciu, zmęczona jestem.
– Po przejechaniu kilku kilometrów na rowerze? Ty, co z każdych zawodów rowerowych przywozisz jakiś puchar? Jakoś ci nie wierzę. Chora nie jesteś, nie wyglądasz mi. Więc co się dzieje? Mów mi tu jak na świętej spowiedzi. Siadaj i gadaj.
Anita wiedziała, że przed babcią nic się nie ukryje i nigdy nie ukrywała. Była między nimi jakaś nić porozumienia, z wieloma rzeczami przyszłaby raczej do babci, niż do własnej matki. Jednak nigdy nie rozmawiały o uczuciach, choć babcia podpytywała, czy nie ma w jej życiu jakiejś sympatii.
– Chłopak? – indagowała dalej babcia. Anita kiwnęła głową, odwracając oczy.
– Ten, co tu był wczoraj? Dobrze mu z oczu patrzyło. A i on robił do ciebie maślane oczy.
– Właśnie nie, inny. Chcesz zobaczyć?
– No pewnie – uśmiechnęła się starsza kobieta. – Choć ci młodzi to mi się niespecjalnie podobają, ale pokaż.
Anita przesuwała po kolei zdjęcia na ekranie komórki, czekając na reakcję babci. Ta nastąpiła dopiero, gdy Anita odłożyła swą komórkę na stół.
– Chłop jak dąb i bardzo dobrze mu z oczu patrzy. Będziesz miała z niego pociechę, bo patrzy w ciebie jak w święty obrazek. Ale ten poprzedni był lepszy dla ciebie.
– Skąd babciu wiesz?
– Nazwij to kobiecą intuicją, czymkolwiek. A powiedz, wnuczko, czemu nie wyszło?
Anita poczuła się, jakby ktoś wypalał jej bolącą ranę. Jak ma powiedzieć tej osiemdziesięcioletniej staruszce, nawet dość nowoczesnej i wbrew stereotypom niesłuchającej Radia Maryja, o takiej rzeczy?
– Nie chcę o tym mówić – powiedziała odwracając wzrok i czerwieniąc się. Jeszcze tego brakowało. Ale doświadczona kobieta i tym razem nie dała się zwieść.
– Ejże, przecież widzę, że coś jest ma rzeczy – powiedziała z nieukrywaną życzliwością w głosie. Jak to nasz okupant mawiał, raus mit der Sprache!
– Bo on… bo… on woli chłopaków – wydusiła z siebie.
I tu nastąpiło coś, czego Anita się zupełnie nie spodziewała. Babcia podeszła do kuchenki i przygotowała sobie herbatę, jakby potrzebowała czasu na przygotowanie.
– I co w tym dziwnego? – zapytała słodząc herbatę. – Pewnie myślałeś, że zacznę tu wyzywać od Sodomy i Gomory, zboczeńców i takich różnych. Owszem, przykro mi, że straciłaś ładnego i miłego chłopca. Powiem ci po cichutku, że mi się też bardzo podobał. Ale są pewne rzeczy, których nie przeskoczymy…
Anita ze zdziwieniem wpatrywała się w babcię.
– Wiesz, gdzie teraz mieszkają Sadłowscy, prawda? Tam na samej górze pod lasem. My przyjechaliśmy tu w pięćdziesiątym piątym roku, byłam wtedy bardzo młoda. W tamtym domu mieszkała wtedy rodzina Jagodzińskich, którzy mieli syna Grześka. Oni mieszkali tam od samego końca wojny, od pierwszych przesiedleń, bo sami są gdzieś spod Równego. I ci Jagodzińscy mieli syna w moim wieku, to znaczy rok starszego. Piękny chłopak był, postawny, panny za nim szalały, tylko on je lekceważył. Z żadną nie chodził, ale był dla nas wszystkich bardzo grzeczny. Często widywałam go z Wojtkiem od Wilczewskich, wiesz, tym z dużej chałupy z dębem. Niski był, gruby, taka przylepa, wszędzie było go pełno i cała wieś go lubiła. Grzesiek zaczynał mi się podobać coraz bardziej, również, dlatego, że był taki niedostępny, za spódniczkami nie latał. Sądziłam, że będzie dobrym mężem. Kiedyś latem postanowiłam go wyśledzić, jak szli z Wojtkiem obok chałupy. Daleko nie szli, schowali się w zbożu na skraju tamtego lasu – wykonała ruch ręką i zamilkła, jakby szukała tych wspomnień w pamięci.
– I co było dalej?
– Nakryłam ich, jak się całowali. Więcej nie powiem, nie dlatego by cię nie gorszyć, pewnie nie takie rzeczy widziałaś na tych całych internetach. ale dlatego, że nie chcę zdradzać ich tajemnicy. Mają chłopaki do tego prawo. Zupełnie tego nie rozumiałam, płakałam chyba ponad tydzień. Jak ten Grzesiek dbał o Wojtka, Wojtek nawet w jego koszulach chodził, bo bieda u nich, panie, aż piszczała. Oni byli naprawdę fajną parą. Oczywiście wiedzieli, że ich nakryłam, prosili tylko, by nikomu nie mówić. I za to bardzo mnie szanowali, wręcz uwielbiali. Ale nie mogłam liczyć na nic więcej.
– Ktoś jeszcze wiedział?
– We wsi szeptali to i owo, ale nikt nie dal złego słowa na nich powiedzieć. Ale to wszystko po cichu, wiesz, o tych rzeczach kiedyś nawet nie wypadało mówić. Ale wiesz? Kiedyś przyjechali chłopaki z Wałbrzycha i próbowali na nich napaść. Wyobraź sobie chłopi ich z widłami bronili! Ale tu była awantura – starsza pani uśmiechnęła się. – Oni byli po prostu nasi, niezależnie od tego, że razem się prowadzali. Ale mi się to podobało, to taka ładna miłość była.
– I jak się skończyło?
Starsza pani westchnęła.
– Cóż, oni zawsze interesowali się jakimś żelastwem, aż trafili na jakiś niewypał. Nie było czego po nich zbierać… Cała wieś płakała, to był najpiękniejszy pogrzeb, na jakim byłam w życiu. Nawet świeczkę im czasem zapalę. Widzisz, wnusiu, można żyć pięknie i być lubianym przez ludzi nawet, jeśli nie jest tak, jak wszyscy by tego chcieli. Dlatego nie porzucaj tego kolegi, nawet jeśli ma przyjaciela. Może kiedyś będzie potrzebował ciebie, a ty jego.
Dopiero teraz Anita tak naprawdę się uspokoiła po zaobserwowaniu niepokojącego obłego kształtu w pokoju chłopców. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Nie 13:07, 17 Sie 2025 Temat postu: |
|
A nie mkówiłem, że kiedyś to skończę? Po prostu w pewnym momencie zauważyłem, że nad tekstem trzeba sporo popracować, a i koncepcja zakończenia nieco się zmieniła. Przypominam, odcinki 1-89 na tym forum są już mocno nieaktualne. Tu macie link do nowej wersji:(ewentualnie niżej do cholika, gdzie transfer jest darmowy)
https://filebin.net/lrjrffumyoaza7mj |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Nie 13:04, 17 Sie 2025 Temat postu: |
|
93.
Janik siedział za stołem w salonie domu swojego kolegi na ulicy Rymanowskiej, zwanego nieoficjalnie Bogdan Rymanowski i gorączkowo zastanawiał się nad ciągiem dalszym. Powoli dochodziło do niego, że z myśliwego stał się zwierzyną i to w głupi sposób. Nie zamierzał jednak analizować swoich błędów, przynajmniej nie na razie. Na to przyjdzie dopiero czas, a być może okaże się, że nie będzie to wcale potrzebne, bo losy tego pojedynku się odwrócą. Ba, tylko jak?
– Polać ci jeszcze? – Zapytał Bogdan łapiąc za butelkę, zwaną popularnie krową, czyli siedemset pięćdziesiąt mililitrów.
– A wlej, co mi szkodzi…
Zakąszając ciepłą, niesmaczną wódkę konserwowym ogórkiem popatrzył w okno i z zaniepokojeniem zaobserwował srebrnego volkswagena. Z tej odległości nie mógł oczywiście rozpoznać kierowcy i dostrzec tablic rejestracyjnych, ale samo auto nie było mu tak nieznane, widział je jakieś piętnaście minut wcześniej. Przypadek – skonstatował. W końcu mógł ktoś wracać do domu albo wręcz przeciwnie, wyjeżdżać ponownie. Zresztą skąd by wiedzieli, gdzie on jest? Po drodze nikt ich nie śledził, kierowca na jego żądanie wykonał kilka manewrów sprawdzających i droga była czysta. W pracy służbowe kontakty Janika z Rymanowskim miały jedynie formę sporadycznych rozmów u niego w gabinecie, Rymanowski był z wydziału prewencji, nikt więc nie łączył ich w jakąś bardziej stałą parę, bo na tej zasadzie musieliby podejrzewać całą komendę. Bo jednak na jakiejś tam płaszczyźnie każdy kontaktuje się z każdym, prezencja z kryminalnymi, a ci z drogówką.
– Jak długo zamierzasz tu siedzieć? – zapytał Rymanowski i w tonie, w jakim zostało zadane pytanie wyczuł, że było ono z głębszym kontekstem.
– Nie wiem, a dlaczego pytasz?
– Bo pojutrze żona wraca z sanatorium w Busku i ciężko będzie usprawiedliwić twoją obecność. No może przez czterdzieści osiem godzin. Trzeba będzie pomyśleć, gdzie cię ulokować.
W tym momencie w kieszeni Janika zadzwonił telefon. Wyjął go i nerwowo sprawdził numer dzwoniącego. Niestety był zastrzeżony i na wyświetlaczu pojawił mu się angielski komunikat WITHDRAWN NUMBER. Chwile wahał się, czy odebrać. Mogli to być nasi albo tamci. Kiedyś zalecił swoim nieoficjalnym współpracownikom dzwonienie z zastrzeżonych numerów, by w razie czego utrudnić identyfikację, dopiero teraz dotarło do niego, że każdy kij ma dwa końce.
– Janik, słucham?
Usłyszawszy znajomy głos człowieka, którego celowo ulokował w willę, z której czerpał korzyści finansowe, a którą nabył przez jakiegoś słupa, chyba nawet o fikcyjnym imieniu i nazwisku, odetchnął z ulgą. Niestety tylko na krótko, głos zaczął opisywać niemal apokaliptyczny obraz spod jego własnej nieruchomości. Niby mówią, że to tylko ewakuacja ze względów bezpieczeństwa, ale co za tym naprawdę stoi? Dom był czysty poza dwiema ukraińskimi dziwkami, które przebywały tam bez dokumentów za to płaciły tyle, że warto było zaryzykować, bo od nich kasował potrójnie.
– A moja willa? Co tam się dzieje? Widziałeś coś?
– Pół godziny temu był spokój, nikt tam się nie kręcił – odpowiedział głos.
– To na razie pilnuj, zainstaluj się w pobliżu i informuj mnie, co się dzieje, kto tam wchodzi, ilu, numery rejestracyjne i tak dalej.
– Bateria mi się kończy, mam jakieś trzydzieści procent. Kto by pomyślał…
– Gówno mnie to obchodzi – odpowiedział cicho Janik, rozłączył połączenie i wsadził telefon do kieszeni spodni8.
– Nalej mi jeszcze jednego – poprosił, jakby ten kieliszek miał go ustrzec od wszelkich niebezpieczeństw, które miałaby przynieść ta rozmowa.
– Anita, muszę już wracać – Paweł nagle zatrzymał swój rower na stromym, grząskim podjeździe w lesie, zziajany i zdyszany. Anita była poza jego zasięgiem, tak w technice jak i szybkości jazdy na rowerze. Poza tym miała pojazd zdecydowanie lepiej nadający się do jazdy terenowej, on bardziej uniwersalny, taki rower górski na niziny, jak się mawiało w pewnych kręgach. A pożegnanie tak czy siak musiało nastąpić, chciał mieć to już za sobą. Anita wyhamowała z gracją, kilka metrów przed nim.
– Lepiej powiedz, że wymiękasz – roześmiała się Anita, a Paweł jakby na nowo onieśmielony wpatrywał się w jej kręcone loki wystające spod niebieskiego kasku.
– A to swoją drogą – roześmiał się, ale wypadło to nader blado. – Poza tym powoli robi się ciemno…
– Nie masz już pięciu lat – Anita oparła rower o masywną sosnę i podeszła do chłopaka. – No dobra, wiem, że jutro wyjeżdżasz. Spakować by się przydało… Jak wy tam na górze wyznajecie się, co należy do kogo? Ja bym się dawno pogubiła.
– To proste, my nie mamy tak wielu ciuchów. Właściwie wszyscy czterej jesteśmy w pewnym sensie na wyjeździe, mamy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a i tak większość z nich się suszy.
Anita nie skomentowała. Na jakiś czas zapadło niezręczne milczenie, Paweł odsapnąwszy nieco, podszedł do niej. Nie pozbył się jednak łomotania serca, miał wrażenie, że ono nawet się powiększyło. Co się z nim dzieje, do ciężkiej cholery? Jakiś czas temu, po dwóch zupełnie nieudanych próbach z dziewczynami doszedł do wniosku, że kobiety nie są dla niego. Z całą świadomością i premedytacją spróbował seksu z chłopakiem i, wydawało się, znalazł to, czego poszukiwał. Michał go podniecał, on rozumiał jego ciało, reakcje, dawał mu ten moment rozkoszy i sam go przeżywał. To wszystko dziś rano trafił szlag, właśnie za sprawą Anity. Nie wiedział tylko że jest jedną z aż czterech osób zadających sobie pytanie „po cholerę ona tu przylazła?”, tyle że każdy z innego powodu. Tymczasem stali już bardzo blisko siebie, wsłuchani we własne oddechy.
– Muszę już iść – szepnął Paweł. Anita przywarła do niego, obejmując go ramionami. Nagły powiew chłodnego wiatru spowodował, że posypało się na nich igliwie z sosny, jednak ani on ani ona nie zwracali na to uwagi. Zupełnie wbrew sobie i swoim intencjom Paweł poczuł wzbierający wzwód. „Żeby tylko ona tego nie zauważyła” – wystraszył się. Miał specyficzną ko0nstrukcję miednicy, niejako „wypychającą” jego męskie klejnoty na widok publiczny, wzwód byłby dostrzegalny natychmiast nawet przez postronnych, niezainteresowanych obserwatorów.
– Nie pocałujesz mnie?
To, co nastąpiło, przeszło najśmielsze oczekiwania Pawła. Było to coś zupełnie mu nieznanego, skrzyżowanie fizycznej żądzy ze zwyczajną bliskością, której tak bardzo pragnął, a której nie dał mu nawet Michał. Każdy jej ruch miał przełożenie ba jego ciało, gdy swym sterczącym członkiem dociskał jej podbrzusza. Ciekawe, czy ona to czuje? – zastanawiał się, ale już było za późno, by coś zmienić. Przecież nie wsadzi ręki do gaci i nie poprawi sterczącego członka. Obaj byli w krótkich sportowych kurtkach do pasa, żadnej możliwości wykonania ruchu. Całość trwała zdecydowanie za krótko jak na potrzeby Pawła i kiedyś musieli się od siebie oderwać. I znów ta przeklęta cisza i szum krwi w uszach.
– Musimy już iść, każde w swoją stronę – przypomniała mu Anita prawie szeptem.
– Przyjadę w przyszłą sobotę. Przyjedziesz?
– Jak mnie te twoje brygady tygrysa nie wyrzucą z domu, to czemu nie? – Anita powoli dochodziła do siebie.
–m To cześć – powiedział i cmoknął ją w policzek.
– Do rychłego – powiedziała Anita i podeszła do drzewa, by przeprowadzić stojący tam rower na drogę.
Paweł długo obserwował, jak czerwona kurtka Anity niknie za kolejnymi drzewami. Serce dalej mu waliło, a w skroniach pulsowało. Rozejrzał się dokoła i stwierdziwszy, że wokół panuje absolutna pustka, lekko trzęsącymi się rękoma wyciągnął sterczący, reagujący na nawet najdrobniejszy ruch członek ze świecącą, śliską główką. Mimo wiatru jego zapach uderzył go w nozdrza. Kilka pociągnięć napletkiem wystarczyło, by bryznął potokiem nasienia, oddech mu się zatrzymał, a lędźwie przeszedł paraliż rozchodzący się po całym ciele. Biały potok bryznął o kamienie na drodze. Paweł ze zdumieniem obserwował obfitość. Czegoś takiego jeszcze nie przeżył. Z niejakim żalem schował członek, po czym oparł się o rower i dyszał głęboko.
Po nieprzyjemnej rozmowie z szefem wrócił do swojego punktu obserwacyjnego w krzakach. Po drodze wstąpił do brata i pożyczył od niego power bank, na szczęście naładowany. Szef nie znosił żadnych przeciwności losu i konsekwentnie powtarzał, że nie ma przypadków, jest tylko nieprzygotowanie i brak kompetencji. A kompetencje miały dotyczyć nawet takich drobiazgów, jak nienaładowany telefon. Ale płacił nieźle i dlatego służył mu jako gumowe ucho w tym dziwnym domu, w którym odbywały się jeszcze dziwniejsze rzeczy. Prostytutki, przepakowywanie narkotyków, jakieś tajemnicze ładunki, nie o wszystkim miał wiedzę i nie wszystko ogarniał. Są rzeczy, których lepiej nie wiedzieć, tylko na tyle, na ile wymaga tego praca dla szefa. Kiedyś pracował dla niego oficjalnie, jako policjant. Później, w zaciszu gabinetu Janika dowiedział się, że lepiej by było, gdyby porzucił mundur. Janik nie chciał powiedzieć, dlaczego, dając jednak do zrozumienia, że sytuacja może się zmienić na bardzo dla niego niekorzystną.
– Nie wyjdziesz ma tym źle – zapewniał, a on mu wierzył, bo do tej pory zawsze wychodził na swoje, choć niektóre rozkazy szefa wydawały mu się bardzo dziwne, a ich naturę Janik tłumaczył tylko „tajemnica operacyjna”. Kiedyś nawet zasięgnął języka u doświadczonego policjanta i zapytał, czy ma prawo odmówić rozkazu, jeśli uważa go z jakichś względów za podejrzany i niesłużący dobru formacji, dla której pracował. Jak domyślał się, otrzymał odpowiedź „i tak i nie” i było to obwarowane całą masą wyjątków i uznaniowości wyższych szczebli decyzyjnych, zatem dalej nie drążył tematu i robił wszystko, co od niego chcieli. Żołnierskie powiedzenie „gdzie zaczyna się wojsko, tam kończy się rozum” najwidoczniej działało we wszystkich służbach mundurowych.
Teraz siedział w krzakach i smętnie rozmyślając nad wszystkimi okolicznościami, które spowodowały, że w tych krzakach wylądował, obserwował okolicę. Willa, w której mieszkał została oczyszczona z mieszkańców i chwilowo nikt się nią nie zajmował. Ciekawe, pomyślał, bo był prawie pewny, że ta wątpliwa ewakuacja miała służyć wyłącznie temu, aby dobrać się do środka. A tu zonk… To po co ma to wszystko obserwować? Mijały minuty, później kwadranse, a wreszcie godziny, a wokół było pusto, tylko deszcz uderzał o nieliczne już o tej porze roku liście. Wyjął kupionego po drodze stacji benzynowej sandwicza, odwinął go z folii i zaczął jeść. Miał jeszcze jednego na zapas, ale na takim pożywieniu daleko nie ujedzie. Popatrzył na zegarek, tkwi już tutaj od dwóch godzin. Niedługo słońce zacznie zachodzić, czy on ma dalej tkwić w tych krzaczorach? A i widok miał nie najlepszy, nawet gdyby się coś zaczęło dziać, nie za wiele zaobserwuje.
Nagle od strony ulicy usłyszał warkot silnika. Nie mogło to być żadne auto osobowe, a jakaś furgonetka lub zgoła coś cięższego. Po chwili przejechała kilka metrów od niego, aż poczuł charakterystyczny powiew. Wóz podjechał kilkanaście metrów dalej, po czym wjechał na dziedziniec sąsiadującej willi. Rozpoznał w pojeździe jeden z tych pojazdów, którymi na akcję jeżdżą wojska chemiczne lub podobne, aż tak bardzo nie znał się na wojskowości. Z wozu wysiadło kilka ubranych na czarno osób, po czym stanęli w kręgu i słuchali dowódcy, jednak stał on zbyt daleko, by można coś usłyszeć. Po kilki minutach ruszyli w stronę wejścia. Obserwując to, wyciągnął telefon. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Sob 1:05, 16 Sie 2025 Temat postu: |
|
92.
– Policja! Otwierać! – grupa sześciu funkcjonariuszy ubranych na czarno i z naszywkami POLICJA stała przed drzwiami willi na peryferiach Wałbrzycha. Drzwi otworzyła im odziana tylko w obcisłe mini i biustonosz blondynka w średnim wieku, o zniszczonej alkoholem twarzy i niedbałej fryzurze.
– Pana nie ma w domie – odpowiedziała blondyna śpiewnym wschodnim akcentem. – I nie znaju, kiedy będzie.
– Jest nakaz ewakuacji tego budynku – powiedział sucho policjant, Proszę wszystkich o opuszczenie budynku.
– Panowie, szto to za dziełanje – podniosła głos blondyna, a dowódca dostrzegł, że kobiecie zaczęły drżeć uda. – Wy nie możecie…
Policjant nie podjął tematu, zmierzył protestującą kobietę ostrym wzrokiem, minął ją, potrącając brutalnie i wszedł do willi, a za nim inni. Natychmiast rozeszli się po pokojach, a dwóch funkcjonariuszy weszło na piętro. Wnętrze robiło wrażenie obskurnego, ze ścian miejscami schodziła farba, na korytarzu zamiast lampy wisiała jedynie żarówka.
– Policja, proszę opuścić pokoje!
Po chwili otworzyło się kilkoro drzwi, za którymi stali głównie mężczyźni w średnim wieku, część z nich o ciemnej karnacji. Nagle w wąskim korytarzu zrobiło się rojno i głośno. Mężczyźni wychodzili, po czym bez dyskusji wychodzili w asyście policjantów przed budynek. W sumie wyprowadzono siedem osób, łącznie z kobietą, która dalej się opierała, wykrzykiwała bezładnie słowa polskie i rosyjskie, aż w końcu w asyście dwóch rosłych policjantów, wymachując ramionami, wyszła przed budynek. Nikt jednak nie zauważył mężczyzny, który otworzył okno na piętrze z tylnej strony domu i w momencie, kiedy u drzwi frontowych panował największy rozgardiasz, zręcznie dostał się na okno na parterze, po czym opuścił dom i czmychnął w pobliskie krzaki. Policjanci skonstatowali, że pokój jest pusty, a jego lokator pewnie przebywał na mieście i, nie wnikając za bardzo w szczegóły, opieczętowali drzwi. Pod willę za mniej więcej pół godziny podjechały dwie policyjne suki i w już nieco spokojniejszej atmosferze załadowano ewakuowanych i przewieziono do komendy. Dopiero wtedy mężczyzna wyszedł z krzaków i poszedł w stronę głównej ulicy, rozmawiając przez swój telefon komórkowy.
Anita wreszcie zebrała się i pojechała do domu. Na jej temat nie miałem wyrobionego zdania. Po porannym szoku i jej przerażonych oczach bałem się, że zmaluje coś takiego, przez co i ja i Junior moglibyśmy mieć kłopoty. Dlatego na początku podchodziłem do niej jak przysłowiowy pies do jeża, a ona też unikała mnie, jak tylko się dało, nie odzywała się do mnie, chyba że w kontekście bardziej ogólnym. Dopiero gdy rozanielona wróciła z Pawłem, stało się dla mnie oczywiste, że coś się zmieniło. Nie powiem, jeden problem to załatwiało, mianowicie Pawła, który pewnie straci zainteresowanie mną, co zresztą było mi na rękę, wolałem mieć go jako dobrego kolegę, troskliwego przyjaciela, a nie chłopaka.
– Nad czym tak myślisz? – zapytał Kurczak. Siedzieliśmy w pokoju na górze
– Nad tym, że teraz wszyscy wyjedziecie, a ja zostanę sam – była o tyle prawda, że o tym myślałem również, choć niekoniecznie właśnie w tej chwili. To był problem natury bardziej ogólnej, który przewijał się do wczoraj, kiedy stało się oczywiste, że nie grozi mi już żadna katastrofa. Wyglądało na to, że jestem skazany na samotność, a ostatnie dwa tygodnie to tylko piękna przygoda, która zresztą skończyła się słodko-gorzko: odzyskałem ojca, nasze relacje poprawiały się z godziny na godzinę, a z drugiej strony traciłem Kurczaka, jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Bo taka przyjaźń na odległość to żadna przyjaźń. Mimo swojego młodego wieku mogłem łatwo ogarnąć, jak to wszystko się skończy: Kurczak będzie przyjeżdżał początkowo co tydzień, oczywiście zakładając, że będzie zdrowy itp., Później stopniowo będzie to coraz rzadziej i rzadziej, znajdzie się więcej wymówek, by nie przyjechać, będziemy mieli coraz mniej wspólnych tematów i zaczniemy się od siebie stopniowo oddalać. I nie zmienią tego obietnice, zapewnienia itp.
– Nie możesz wrócić do Wrocławia?
– Nie da rady – odpowiedziałem. – Popatrz na ojca, czy on wygląda na okaz zdrowia? Sam go przecież ratowałeś z zawału. Chcę być z nim tak długo, jak tylko możliwe. Poza tym jaką mam pewność, że mamuśka czegoś znów nie odpierdoli? Moje zaufanie do niej po tym wszystkim wynosi zero i raczej nie ma szans na to, by to się zmieniło. Widzisz, co wyprawia, nasyła na mnie i ojca policję, mi przez telefon powiedziała, że zrobi wszystko, by oddzielić mnie od ojca pedała… Tak zachowuje się porządna matka, kochająca dziecko? A jak ją znów zacznie świerzbić cipa, to cholera wie, kogo tym razem przyprowadzi. Ona nie ma za grosz instynktu samozachowawczego. I ostatnie, jak to lady Madonna mówi, last but not least: z moją matką się mnie da żyć. Ona musi mieć zawsze ostatnie zdanie, jej decyzje muszą być zawsze na wierzchu, a na nie mam nic do powiedzenia. Wiesz, że ona jeszcze wczoraj w rozmowie ze mną broniła tego kurwia? Że go wykończyliśmy, że to wszystko zmyślone, jest w ciężkiej żałobie. Sorry, ale z taką rodziną to ja nie chcę mieć nic wspólnego…
To wszystko powiedziałem, a właściwie wykrzyczałem prawie na jednym wydechu, po czym padłem na poduszkę i zaniosłem się płaczem. Kurczak z miejsca znalazł się przy mnie i zaczął mnie tulić. Niewiele to jednak pomogło, zacząłem się trząść, z ust ciekła mi ślina, początkowo przezroczysta, później bardziej spieniona. Nie mogłem się ruszyć z miejsca. W rękach i w jądrach poczułem silne mrowienie. Wszystko było tak blisko a jednocześnie daleko. Chciałem sięgnąć po stojącą na stoliku puszkę coli, bo w ustach czułem nieznośną suchość, ale nie byłem w stanie rozprostować całego ramienia. W głowie mi się kręcłlo, jakbym był na karuzeli, której zresztą nienawidziłem. Kurczak obserwował to wszystko z przerażeniem, następnie ruszył w kierunku drzwi.
– Wujku Macieju! Wujku Remiku! Pomocy!
Po schodach błyskawicznie wzmagał się coraz głośniejszy tupot i po chwili wujek Maciej wręcz wtargnął do pokoju, dość obcesowo odpychając Kurczaka.
– Co tu się… – po czym podszedł do drzwi i krzyknął.
– Remik, weź walizkę!
Wuj Maciej posadził mnie i złapał za rękę. Jego obecność przy mnie, choć prawie zawsze zbawienna, tym razem pomogła niewiele.
– Otwórz buzię – poprosił wuj Maciej. Dopiero teraz poczułem w ustach charakterystyczny, lekko metaliczny smak krwi.
– No tak… – mruknął coś do siebie.
– Co tu się dzieje? – zapytał ojciec podchodząc do mnie i dysząc ze zmęczenia. Kondycję to on niestety ma fatalną i nie powinien aż tak się wysilać. Zanotowałem w pamięci, żeby z nim o tym porozmawiać.
– Patrz – Maciej pokazał ojcu mój język i ślinę, którą starł mi z ust. Ojciec pokiwał głową.
– Atak padaczki?
– Na to mi wygląda – odparł niechętnie Maciej. – Kurczak, czy możesz mi opisać moment po momencie, co stało się w tym pokoju? – zapytał wyjmując ciśnieniomierz. Ucisk na ramię spowodował, że poczułem się nieco bardziej trzeźwo.
– Aj…
– W sumie nic – odpowiedział Kurczak spokojnie, uważnie mnie obserwując. – Grubcio zaczął mówić o tym, jak bardzo się boi tego, że my stąd wyjedziemy, a później o tym, jak nienawidzi matki. Nagle zaczął się trząść, to było nie do opanowania. Później się rzucał, a z ust zaczęła mu sieknąć krew. I was zawołałem. To chyba tyle…
– Sto trzydzieści na siedemdziesiąt pięć, w normie, choć ta góra mogłaby być trochę niższa, puls sto dwadzieścia, za wysoki.
Ojciec i Maciej patrzyli przez chwilę to na mnie, to na siebie w milczeniu.
– Padaczka często, zwłaszcza u młodych ludzi jest efektem wyczerpania organizmu, zmęczenia, braku snu, nerwów… Tyle że to są tylko i aż przyczyny wystąpienia ataku u tych, którzy padaczkę już mają. Ty wiesz coś na ten temat?
– W sumie nic – odpowiedział ojciec chowając stetoskop do torby lekarskiej. – Tak długo, jak mieszkaliśmy razem, Michał był zdrowym dzieckiem, może z lekką skłonnością do przeziębiania się, ale nic ponadto. Później oczywiście nic nie wiem. Jedno jest pewne, teraz trzeba będzie zrobić kompleksowe badanie mózgu. O guza go nie podejrzewam ale… A może przyznaj się, młody, że łoisz wódę po krzakach z kolegami i masz padaczkę alkoholową.
– Alkohol piłem tylko raz, szklankę piwa na klasowej zielonej szkole – przyznałem. – Nigdy nie paliłem, ani papierosów ani marychy – powiedziałem z trudem. Drżenie przeszło, ale odczuwałem zmęczenie od głowy aż po stopy.
– Marychy? – zdziwił się ojciec. Nie mów, że…
– To nie tajemnica – wyręczył mnie Kurczak – że koledzy z klasy popalają. Nawet nam proponowali tanie działki, takie promocyjne.
Nawet nie zauważyłem, że koło drzwi stał Junior i słyszał wszystko, o czym było mówione. Na jego twarzy malowało się przerażenie nie mniejsze niż u Kurczaka. Po chwili oficjalnie usiadł przy moim łóżku.
– Słuchajcie chłopaki uważnie, bo to przede wszystkim was dotyczy. W ciągu najbliższych trzech – czterech dni macie się tak zorganizować, że przy Michale jest zawsze co najmniej jedna osoba – powiedział ojciec poważnym tonem. – Maciora i Paweł niestety muszą jutro rano jechać do Wrocławia, przyjadą na weekend. Ja wracam do pracy, ktoś musi zarobić na kromkę chleba. Kurczakowi załatwimy jeszcze tydzień laby, o ile oczywiście pani Honorata się zgodzi. To znaczy względnej laby, bo dalej będziesz odrabiał zadania zdalnie.
Musiałem drapać się po brzuchu by nie parsknąć śmiechem. Nauka zdalna w naszym wydaniu była totalną fikcją i mieliśmy już trzy dni zaległości. |
|
 |
homowy seksualista |
Wysłany: Czw 17:32, 14 Sie 2025 Temat postu: |
|
Ja mieszkam w UK więc mam spaczone myślenie Dzięki |
|
 |